sobota, 23 lipca 2016

• Rozdział Trzeci •

OK! Napisałam na szybko rozdzialik i znikam na tydzień. Z góry przepraszam za błędy. Miłego czytania!



I never wanted this to happend


~ Z perspektywy Jess ~

Przez całą noc leżałam na łóżku, próbując jakoś zasnąć. Zegarek na szafce nocnej wskazywał dziewiątą. Wstałam, więc i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej czarne dżinsy, jak i bluzę. W domu było cicho. Słuchać było tylko skrzypienie podłogi, po której stąpałam. Skierowałam się do łazienki i weszłam pod prysznic. Kiedy stałam pod strumieniem chłodnej wody, zastanawiałam się, czy nie powinnam zadzwonić do Michaela i przeprosić go za zachowanie ciotki. Ledwo przyjechała i już zaczęła rządzić wszystkim.
Osuszyłam się szybko, ubrałam czystą bieliznę, jak i przygotowane ciuchy. Popatrzyłam na swoje odbicie i musiałam stwierdzić, że czarny kolor dodawał mi mroczności, szczególnie z bladą cerą i czarnymi włosami. Nie lubiłam się wyróżniać z tłumu, dlatego też ubierałam się na czarno. Kiedy wyszłam z łazienki, kierując się w stronę schodów, z sypialni moich rodziców wyszła ciotka.
— O już nie śpisz. Bardzo dobrze. Po śniadaniu jedziemy.
Stałam w miejscu i patrzyłam, jak znika w korytarzu. Nie mogłam jakoś znieść myśli, że ta małpa sapała w sypialni moich rodziców. Według mnie nie miała prawa tego robić. Mogła spać w pokoju gościnnym, a nie w ich sypialni. Jeśli wydawało się, że zajmie ich miejsce to się grubo myliła.
Weszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sobie śniadanie. Nie przyszło mi nic genialnego na myśl jak płatki z mlekiem. Zresztą nic innego bym chyba nie zjadła. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. Czułam się dziwnie. Tak, jakbym nic nie czuła. Żadnych emocji. Nie wiem, dlaczego, ale coś, jakby odebrało mi chęć odczuwania smutku, czy złości, ale to się zmieniło, kiedy do kuchni weszła ciotka. Odwróciłam wzrok w stronę okna, nie przerywając jedzenia. Nie miałam najmniejszej ochoty na nią patrzeć. Sama jej obecność powodowała u mnie nagłą złość.
— Ech. Szczerze powiem, że Seattle to nudne miasto. Nic tu się nigdy nie dzieje.— powiedziała. Tak, w Seattle nic się nie działo. Dlaczego? Bo nigdy tutaj nie była więcej niż jeden dzień.
— Jesteś ciekawa, co zapisali ci rodzice?
Kiedy zadała to pytanie, popatrzyłam na nią, jak na idiotkę. Nie miałam pojęcia, jak mogła zadać w ogóle takie pytanie. Czy ja wyglądałam na osobę, oczekującą tylko na jakiś głupi spadek? Nie, ale ona? Chyba tak. Po śniadaniu wyszłam przed dom, by nie siedzieć z tą idiotką. Stanęłam obok samochodu, rozglądając się dookoła. Dzień zaczynał żyć. Robiło się coraz cieplej. Widząc przechodzących, szczęśliwych ludzi, czułam się strasznie. Tak bardzo chciałam być w tamtej chwili szczęśliwa. Razem z rodzicami, ale życie wybrało mi chyba inny kierunek.
— No wsiadaj i jedziemy. — powiedziała ciotka. Usiadłam na tylnym siedzeniu, nie chcąc być bliżej niej.
Kiedy ruszyłyśmy, siedziałam cicho, podczas gdy ona nawijała jak najęta, opowiadając o mieście, w którym mieszka. Wyglądałam przez szybę, zastanawiają się, co robię w jej samochodzie. Jednocześnie mogłabym otworzyć drzwi i wyskoczyć, ale czy to byłoby mądre ? Chyba nie.
— Nie wiem, dlaczego twoi rodzice postanowili tu zamieszkać, ale widzę, że wtedy nie myśleli rozsądnie. No, ale wtedy to chyba twoja matka była w ciąży z tobą, wiec jej się nie dziwie.
— Możesz się zamknąć, chociaż na chwile?! — zapytałam, podnosząc głos. Miałam już dość jej gadania, ale to był dopiero początek.
— No dobra! To, o czym chcesz gadać?—  zapytała.
— O niczym. Po prostu się zamknij.—  odpowiedziałam spokojnie, kierując wzrok za okno.
— Odzywaj się do mnie z szacunkiem!
Z szacunkiem? A gdzie jej szacunek do moich rodziców? Chyba go po drodze z gubiła..
Kiedy zatrzymała samochód pod urzędem, od razu z niego wysiadłam. Byłam zdenerwowana, bo nie wiedziałam tak naprawdę, co teraz będzie.
—Chodź! — Powiedziała ostrzejszym tonem. Przeszłyśmy przez kilka korytarzy i dotarliśmy do jakiegoś pokoju, do którego kazano nam wejść. Usiadłam na krześle przed biurkiem jakiegoś mecenasa.
— Rodzice spisali cały majątek, jak i wszystko, co było w ich posiadaniu. Pieniądze, jakie zainwestowali, przejdą na twoje konto, kiedy skończysz osiemnaście lat, podobnie jest z domem i samochodem. A wszystkie inne rzeczy typu płyty i biżuteria są twoje.
Rozumiałam wszystko, co było napisane, ale nadal nie rozumiałam powołania na opiekuna.
— Rozumiem.— odpowiedziałam smętnie.
— A jeśli chodzi o opiekuna prawnego to..
— Ja jestem teraz jej opiekunem prawnym.— Odezwała się ciotka. Mężczyzna popatrzył na nią, poprawiając okulary i zaczął śledzić tekst testamentu wzrokiem.
— Hmm.. Nie ma nic tu o opiekunie prawnym. A pani jest?
— Ciotką.
— Czy była pani wskazywana na opiekuna prawnego przez zmarłych? — zapytał.
— Ymm.. Tak!
— Czy ma pani jakiś papier potwierdzający fakt, że to pani ma się zająć dzieckiem?
Mężczyzna był coraz dociekliwy. Wydawało mi się, że jakoś nie wierzył w słowa mojej ciotki, podobnie jak ja.
— Oczywiście, że mam. — odpowiedziała i podała mu papierek. Mężczyzna zaczął go czytać, a ja siedziałam jak zmarnowana. Nie mogłam jakoś uwierzyć, że moi rodzice przekazaliby jej prawa rodzicielskie nade mną.
— Dobrze, w takim razie jest pani również uwzględniona, jako członek rodziny. W tej sytuacji może pani przejąć część majątku, ale dopiero, gdy córka państwa Bell skończy osiemnaście lat.
Że co?!— krzyknęłam w myślach. Nie dość, że miała być moim opiekunem, to miała mnie pilnować do osiemnastki.
Kiedy popatrzyłam na ciotkę, wydawała się radosna, że będzie mogła grzebać w pieniądzach moich rodziców.
— Czyli, że gdy Jessica skończy osiemnaście lat, to mogę wziąć połowę spadku, tak? — zapytała, krzyżując na piersi.
— Tak, ale pod warunkiem, że wtedy osiemnastoletnia już Jessica się na to zgodzi. Bo majątek jako całość jest zapisany na nią, nie na panią.
— Yhm. Rozumiem.
— Na tę chwilę może pani oczywiście, korzystać z małej części tych pieniędzy na rzecz Bell.
— A dom i samochód?
— No cóż, Jessica może mieszkać nadal w rodzinnym domu, ale z samochodu będzie mogła korzystać, kiedy zrobi prawo jazdy.
Cały spadek był dostępny po ukończeniu moich osiemnastych urodzin. Wszystko było w tym zrozumiałe, tylko nie fakt, że ciotka od teraz miała dostęp do pieniędzy.
— Dziękujemy bardzo. — Odpowiedziała ciotka.
Kiedy szłyśmy do samochodu była niewiarygodnie uradowana, a ja miałam ochotę jej za te uśmieszki po prostu przywalić. Od początku podejrzewałam, że nie chodzi o mnie tylko o pieniądze.

~ Z perspektywy Michaela ~

Wstałem po godzinie dziesiątej. Umyłem się szybko i zszedłem na śniadanie.
— Hej!— przywitała się moja siostra Carol. Nie odpowiadając, usiadłem obok Marka.
— Coś się stało Michael?— zapytała mama. Popatrzyłem na nią i nie wiedziałem co odpowiedzieć.
— Nie wiem. Bell nie odezwała się od wczoraj.
— Spokojnie jest wcześnie. Może jeszcze śpi. Wiesz, że teraz jest jej trudno. —  odpowiedziała mama, nakładając naleśniki na talerz.
— Jak zjem, to do niej pójdę. — odpowiedziałem, zabierając się za jedzenie.
— Ale o co chodzi? Bo ja nic nie wiem. — odezwał się Bruce. Mój brata był żołnierzem walczącym w Wietnamie. Podziwiałem go zawsze za odwagę i naprawdę byłem mu wdzięczny, za to, co dla mnie zrobił.
— Rodzice Jessy zginęli w wypadku.- odpowiedziała Joan.
— O, przykro mi.
— Ta..— prychnąłem. Nie miałem pojęcia już co robić. 
Szczerze, to po wczorajszym zacząłem się bać tej ciotki. Zachowywała się strasznie dziwnie i nie wiedziałem, czego mógłbym się po niej spodziewać. Zjadłem najszybciej, jak mogłem, ubrałem trampki i wyszedłem z domu, nie zważając na słowa matki. 
Wydawało mi się, że swoim zachowaniem krzywdzę ją coraz bardziej, niż wcześniej. Chciałem być odpowiedzialnym synem, ale jakoś mi się to nie udawało. Głupio się czułem, kiedy musiała przyjeżdżać do szkoły na wezwania nauczycieli. Szkoła była dla mnie jak więzienie, nie chodzi o to, że się nie uczyłem, bo bylem naprawdę bardzo dobrym uczniem. To się zmieniło, kiedy zacząłem się interesować rock and rollem, dziewczynami i wstyd przyznać... Narkotykami. Tak z narkotykami zacząłem eksperymentować już w podstawówce. Zaczęło się od niewinnego palenia marihuany, poprzez grzybki — od których bylem już ekspertem — aż po kokainę czy LSD. Dla mnie to było coś nowego i fajnego. Mogłem się poczuć jak pieprzona gwiazda rocka! Grałem ze starszymi kumplami z liceum i to od nich poznawałem uroki narkotyków.
Kiedy byłem już przed domem Jess, nie wiedziałem, czy zadzwonić na dzwonek, czy nie — ze względu na jej ciotkę, ale w końcu zadzwoniłem. Czekałem jakieś 10 minut, ale nikt nie wychodził. Stwierdziłem, że nikogo nie ma, wiec usiadłem na murku obok schodów i czekałem. Na szczęście wziąłem ze sobą walkmana i zacząłem słuchać Sex Pistols. Punk rock był moim życiem i duszą. Wychowywałem się na takiej muzyce i po prostu miałem ją we krwi podobnie jak moje rodzeństwo. Moim idolem był Sid Vicious — basista Sex Pistols. Od czasów podstawówki, kiedy zacząłem grać w zespołach, marzyłem o karierze muzyka. Marzyłem o scenie i sławie. Tylko nie wiedziałem jak to zrobić. Postanowiłem, że moje życie nie będzie nudne. Będzie mnie znał cały świat i podziwiał. Zaśmiałem się, myśląc o tym wszystkim. Te marzenia były tak irracjonalne, że sam w nie wierzyłem, ale postawiłem sobie cel, którym chciałem się kierować.
Pogoda zaczynała się psuć i zrobiło się chłodno. Był środek listopada. Z drzew opadły już wszystkie złote liście, a przez to cała okolica była szara. Patrząc na tamten czas, bardzo współczułem Jess. Jej rodzice odeszli przed świętami. Od kiedy pamiętałem, w jej rodzinie święta były czymś ważnym. Wchodząc do przystrojonego domu, czułeś tę rodzinną atmosferę i ciepło, które było wszędzie. Nie miałem pojęcia, jak sobie teraz poradzi z tą pustką, ale wierzyłem, że da rade.
Po godzinie nadal nie było nikogo. Pogoda całkiem się popsuła. Zaczęło lać, wiec ubrałem kaptur na głowę i wróciłem do domu. Kiedy dotarłem do domu bylem już mokry. Zdjąłem brudne, przemoczone trampki i rzuciłem je w kąt, podobnie jak mokrą kurtkę.
— I co? — zapytała Joan, kiedy wszedłem do salonu. Usiadłem w fotelu, ciężki wzdychając.
— Echmm.. Nic. Nie ma jej.
Siostra wróciła do czytania książki, a ja siedziałem, patrząc w sufit. Strasznie za nią tęskniłem, a po drugie nie miałem co robić. Była już prawie trzynasta, więc, żeby nie siedzieć jak ostatni debil, poszedłem do siebie. Wziąłem gitarę basową i zacząłem na niej grać. Nie byłem jakimś wirtuozem. Grałem na basie dla praworęcznych a bylem leworęczny, więc nauczenie się grać prawą też zajęło trochę czasu. Kiedy opanowałem już niektóre chwyty, gra stała się łatwiejsza. Mój brat Bruce uczył mnie grać, a nawet pożyczył mi gitarę. Czasami zastanawiałem się, jak wytrzymywał ze mną, kiedy bylem mały. Był starszy o trzynaście lat a ja zadawałem pytania, jak najęty odnośnie gry na gitarze. Jak widać czasami, opłacało się mieć rodzeństwo.

 

~ Z perspektywy Jess ~

Kiedy wróciłyśmy do domu, było już po pierwszej. Byłam wykończona. Nie fizycznie, ale psychicznie za to ciotka świetnie się bawiła, ciągnąc mnie po sklepach i szalejąc za pieniądze moich rodziców. Moje słowa nie dawały żadnego rezultatu. Jedyne co mogłam robić to siedzieć cicho.
— Zanieś te rzeczy do mojego pokoju. — odezwała się, wchodząc do kuchni. Zastanawiałam się, czy naprawdę ma na myśli pokój moich rodziców. Zaczęłam się powoli już denerwować. Miałam dość tego dnia.
— No co tak stoisz?— zapytała. Oparłam ręce na biodrach, ciężko oddychając.
— Czy mogłabyś to powtórzyć? Zanieść to do TWOJEGO pokoju?— zapytałam, podkreślając słowo. Ciotka wywróciła oczami i spojrzała na mnie jak na idiotkę.
— No, tak. Czegoś tu nie rozumiesz? — zapytała, siadając na kanapie.
— Tak. Pokój, który nazywasz swoim, jest pokojem moich rodziców, wiec ze względu na nich nie chce, żebyś tam spała. — powiedziałam stanowczo.
— Boże co za dziecko. — westchnęła cicho, choć słyszalnie. —  Dobrze, będę spać w pokoju gościnnym.
— Dziękuję. — odezwałam się i wzięłam jej zakupy do pokoju.
Wróciłam na dół, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w fotelu. Atmosfera a właściwie jej brak był odczuwalny już od wejścia. A dom, który przez cale moje dotychczasowe życie emanował radością, był szary i przygnębiający jak pogoda na zewnątrz. Przez to wszystko czułam się przygnębiona.
— I jak się czujesz ze świadomością, że jestem twoim opiekunem? — zapytała. Chyba lubiła mnie dobijać w każdym znaczeniu tego słowa. Nie miałam ochoty odpowiedzieć na to pytanie, wiec siedziałam cicho, rozkoszując się ciepłym napojem.
— Chcesz czy nie, kiedyś będziemy musiały rozmawiać, w końcu mamy spędzić ze sobą trochę czasu.
— Ta..
— Lepiej się poznamy kochanie — chciała chyba powiedzieć, że lepiej pozna pozostawiony mi majątek.
— Jasne. — odpowiedziałam kpiącą.
— Jutro pogrzeb twoich rodziców. W co się ubierzesz? — zapytała. Przetarłam twarz dłońmi, nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego.
— A co ma to wspólnego z drugim? To nie jest rewia mody tylko pogrzeb. Pogrzeb moich rodziców. Czy ty to do cholery rozumiesz?!— zapytałam.
— No przepraszam, ale to tez jest ważny dzień. — odpowiedziała. Nastała cisza. Wydawało mi się, że może coś zrozumiała, że nie jest mi łatwo nawet o tym wspominać.
— Przepraszam Jess, rozumiem sytuacje i tez jest mi przykro, ale życie toczy się dalej.
Ale mnie pocieszyłaś..
— Niby tak.— odpowiedziałam. —  Będzie jeszcze jakaś rodzina na pogrzebie?
— Nie, chyba nie.
Może to i dobrze..— pomyślałam. W sumie, po co miałaby się zjawiać cala rodzina, którą ledwo znam. Jednocześnie mógł nikt nie przychodzić i tak czułabym się chyba tak samo.
—Wychodzę.— powiedziałam, wstając.
—No ale gdzie? Przecież pada.
— Nie ważne.— odpowiedziałam i wyszłam. Na zewnątrz strasznie lało. Zawahałam się, czy zostać w domu, czy nie, ale z drugiej strony co miałam do roboty? Ubrałam wiec kaptur na głowę i ruszyłam przed siebie. Idąc w strudze deszczu, zastanawiałam się nad moim życiem. Jutrzejszy dzień miał zmienić wszystko w moim. Czułam, że odtąd będę inaczej patrzeć na ludzi i świat.
Kiedy dotarłam pod dom McKaganów, byłam już cała mokra, ale za bardzo mi to nie przeszkadzało. Zadzwoniłam na dzwonek, a po chwili drzwi otworzyła Carol.
— Matko! Jess, jesteś cala mokra, wchodź! — powiedziała, wciągając mnie do środka.
— Jess tak mi przykro. — odpowiedziała, przytulając mnie. Zawsze ona, jak i Joan traktowały mnie jak siostrę. Czułam się u nich jak w domu.
— Jest Michael? Muszę z nim pogadać.
— Tak, u siebie.
— Dzięki. — odpowiedziałam i ruszyłam w stronę schodów.


~ Z perspektywy Michaela ~

 

Siedziałem na łóżku, próbując coś stworzyć. Kiedy coś wpadło mi do głowy — grałem go, a później zapisywałem nuty na kartce. Dzisiaj nie szło mi tak dobrze. Byłem rozproszony i nie wiedziałem, o czym mam myśleć. Usłyszałem pukanie do drzwi.
— Nie ma mnie!—krzyknąłem. Jakoś nie miałem ochoty rozmawiać z rodzeństwem. Znów pukanie: No kurwa!
W końcu wstałem zdenerwowany, podszedłem do drzwi i szybko je otworzyłem.
— Co znowu chce.. Jessie? —  zapytałem zdziwiony. Nie wiedziałem, że przyjdzie.
—Teraz już jesteś?— zapytała. Palnąłem się w czoło i zaprosiłem ją do środka.
— Wybacz. Nie wiedziałem, że to ty.
Zamknąłem drzwi i popatrzyłem na nią. Widziałem, jak z jej włosów krople wody lecą na podłogę.
— Przyszłam cię przeprosić za zachowanie ciotki. Nie powinna cię wyrzucać z domu.
— Nic się nie stało.
Nie zachowywała się normalnie i wcale jej się nie dziwiłem. Podszedłem do niej i nie wiedziałem co zrobić.
— Jutro jest ich pogrzeb. —  odezwała się. Z jej oczu popłynęły łzy. Spojrzała na mnie, a ja stałem i topiłem się w jej pięknych, szklanych oczach.
— Michael ja nie dam rady. — odpowiedziała. Przytuliłem ją mocno, pozwalając się wypłakać. Wiedziałem, że powiedzenie: „Nie płacz”. — nic raczej nie da.
— Przepraszam.— powiedziała. Usiadła na krześle. Oparła ręce na kolana z i ukryta twarz we włosach.
— Nie przepraszaj mnie za coś, czego nie zrobiłaś. —  Odpowiedziałem, siadając na łóżku.
— Byłam dzisiaj z ciotką w urzędzie.
To dlatego jej nie było..
— I co?
— Po ukończeniu osiemnastu lat będę mogła korzystać już z pieniędzy.
— To nie masz się o co martwić.
— Może, tylko, że ciotka naprawdę jest teraz moim opiekunem prawnym. Rozumiesz to? Ja nie mogę jakoś w to uwierzyć, że moi rodzice tak postanowili.
— Martwili się. Może pomyśleli, że ciotka się dobrze tobą zaopiekuje.
— Nie wiem co mam już robić.
— Jutro będzie po wszystkim.
— Tak, ale..To nie jest koniec. Co dalej będzie?
Westchnąłem cicho i do niej.
— Jess wiem, że to, co się stało, zmieniło wszystko. Nigdy nie chciałem, by się tak stało, podobnie jak ty, ale zobacz. Czasu nie możesz zatrzymać. Jutro zakończysz ten najgorszy okres, a potem jakoś wszystko wróci do normy. Przecież będę przy tobie cały czas.
Kiedy to powiedziałem, uśmiechnęła się lekko. Kochałem ten uśmiech. Zawsze był szczery i piękny. W tamtych chwilach tego najbardziej mi brakowało.
— Jutro dzień szybko zleci, zobaczysz.
— Mam nadzieje. Martwi mnie fakt, że będę musiała mieszkać z tą zołzą.
— Zawsze możesz przyjść tutaj. Wiesz, że przyjmę cię w dzień i w nocy.
— Tak wiem.
— Zobaczysz, że wszystko się jakoś ułoży.
Przytulam ją mocno, by nie czuła już nienatywnych emocji. Jakoś nigdy nie byłem dobry w pocieszaniu, nie wiem dlaczego.

 

~ Z perspektywy Jess ~


Rozmowa z Michaelem uświadomiła mi ważną rzecz: To, co się stało już się nieodstanie. Miał racje co do tego. Czas uciekał, a ja nadal czułam jakbym stała w miejscu. Wiedziałam, że im prędzej zmierzę się i pogodzę ze śmiercią rodziców, tym lepiej będzie dla mnie. Nie chciałam wyjść na jakąś nieczułą francę, ale przecież ta żałoba, którą nosiłam była w moim sercu, a także częścią mojego życia. Całkowicie mną opanowała. Nie musiałam tego zewnętrznie pokazywać, choć to nie było łatwe.
Kiedy zrobiło się już późno, a zegarek wskazał dziewiątą, postanowiłam wrócić do domu.
— Czekaj, odprowadzę cię. —  odezwał się Michael.
— Nie, nie trzeba. Do jutra. —  odpowiedziałam i wyszłam. Widziałam zdziwienie na jego twarzy. Chciałam być z nim jak najdłużej, ale czekał mnie jutro ciężki dzień i chciałam pomyśleć nad tym wszystkim i poukładać to sobie. Kiedy patrzyłam w przeszłość, zauważyłam, jak szybko to przeminęło. Zbyt szybko. Miałam im jeszcze tyle do opowiedzenia, ale teraz to było już nieważne.
W domu świeciło się światło, a to znaczyło, że ciotka nadal nie śpi. Weszłam powoli do domu i ściągnęłam bluzę i buty, które powinnam już dawno wyrzucić.
— Gdzie byłaś tyle czasu?!- zapytała ciotka.
Spojrzałam na nią zdziwiona, bo nie wiedziałam, czemu się denerwuje.
 — No przejść się.. — odpowiedziałam i skierowałam się do kuchni. Zrobiłam sobie jakieś kanapki i herbatę. Mój żołądek domagał się codziennej dawki paliwa, którą zaniedbałam, nie jedząc obiadu. Szczerze powiedziawszy, to nie miałam najmniejszej ochoty na jedzenie dlatego też nie wciskałam sobie na siłę.
—Pogrzeb jest o dwunastej.- Odezwała się ciotka, opierając o futrynę.
— Tak wiem.— Mam nadzieje, że nie będzie jakiejś tragedii. Idę spać. Dobranoc.
— Dobranoc.
Przez chwile zastanawiałam się, co miała na myśli, mówiąc o jakiejś tragedii, ale szybko opuściłam tę myśl. Siedząc samotnie w kuchni, przypominałam, sobie codzienne poranki i wieczory z rodzicami. To było coś wspaniałego. Coś, co nigdy już nie wróci..




1 komentarz:

  1. Przecinki, przecinki, ach przecinki. No i ta składnia. Czeka Cię dużo pracy, ale z tym potencjałem dasz radę.
    No i hej, co z tą ciotką? Rzuca się jej na starość? Biedna Jess i kochany Duff. This is it.
    Do następnego i zapraszam do siebie. :)

    OdpowiedzUsuń