Witajcie kochani!
Mamy już rozdział czwarty i chyba najlepszy z mojego punktu widzenia. Bardzo dziękuje za komentarze i uwagi odnośnie tekstu. Postaram się Was nie zawieść.
Miłego czytania!
Mamy już rozdział czwarty i chyba najlepszy z mojego punktu widzenia. Bardzo dziękuje za komentarze i uwagi odnośnie tekstu. Postaram się Was nie zawieść.
Miłego czytania!
Cause nothin' lasts
forever
Even
cold November rain..
~ Z perspektywy Jess ~
Biegłam przez łąkę pełną
różnokolorowych kwiatów. Niebo było błękitne, a w powietrzu czuć było piękny,
słodki zapach. Miałam na sobie białą, zwiewną sukienkę. Czułam się wspaniale -
pełna życia, szczęścia i pozytywnej energii. Nagle na horyzoncie pojawiło się
dwoje młodych ludzi. Kiedy się dobrze przyjrzałam, zauważyłam, że to moi
rodzice. Zaczęłam szybko biec w ich stronę. Strasznie się cieszyłam, że ich
widzę. Biegłam jak szalona, czując jeszcze większą radość, niż do tej pory.
Dobiegłam do nich i przytuliłam się tak mocno, jakbym nie chciała rozstać się z
nimi nigdy więcej.
—Tak bardzo za wami tęskniłam. Myślałam, że już się nie spotkamy.
— Zawsze będziemy z tobą, skarbie — powiedziała mama.
— Pamiętaj, nigdy się nie poddawaj i walcz o to, co kochasz
— rzekł tata. Spojrzałam na nich trochę wystraszona. Zachowywali się tak, jakby
się ze mną żegnali.
— Ale wy nie..
— Pamiętaj, że zawsze będziemy cię kochać.
Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Zrobiło się ciemno, a
chwilę później pojawiły się błyskawice, które rozświetliły niebo. Okropnie się
przestraszyłam. Patrzyłam, jak odchodzą i nie wiedziałam, co się dzieje. Kiedy
spojrzałam w dół, zobaczyłam wodę, która sięgała mi do kolan.
— Mamo! — krzyknęłam pomiędzy kolejnymi salwami histerycznego płaczu. — Nie
zostawiajcie mnie!
Życiodajny płyn zaczął sięgać coraz wyżej. Zaczęłam szybko
biec w ich stronę, ale woda utrudniała mi tę czynność. Przed rodzicami widniał
piękny krajobraz. Żywe kolory, spokój i cisza. Szli w stronę światła, które
było czymś dobrym, lepszym. Czymś, czego nigdy nie znajdziemy na Ziemi.
Biegłam jak najszybciej, by móc znaleźć się przy rodzicach.
Nagle stanęli i trzymając się za ręce, obrócili się w moją stronę. Z każdym
krokiem, grunt osuwał mi się pod nogami. Kiedy go straciłam, próbowałam płynąć.
Czułam ból w każdej części ciała. Woda nadal rosła. Patrzyłam na znikających na
horyzoncie rodziców. Próbowałam krzyczeć, lecz woda, podnosząc się,
uniemożliwiała mi wykrztuszenie choć krótkiego słowa. Czułam, jak coś ciągnie
mnie w dół. Machałam rękami, chcąc się czegoś chwycić, lecz na próżno. Wszystko
zniknęło. Zaczęłam opadać w dół, patrzyłam na oddalone światło, które
rozpraszała woda i słyszałam ich głos:
— Zawsze będziemy z tobą. Słyszysz? Słyszysz...
Słyszysz...
— Słyszysz?! Jess! Wstawaj!
Otworzyłam oczy i szybko się podniosłam, łapiąc tlen. Byłam
cała mokra, a po policzkach spływały mi łzy. Czułam, jak wszystko się we mnie
trzęsie. Nie mogłam się uspokoić. Ten sen wydawał się tak rzeczywisty. To było
pożegnanie, byłam tego pewna. Wymiana myśli, ostatni uścisk i droga powrotna.
To niesamowite uczucie, które sprawia, że stajesz się głupi, ponieważ nie
wiesz, czy to było naprawdę, czy też nie.
— Mam nadzieje, że się wyspałaś — odezwała się ciotka.
„Jak nigdy"— pomyślałam.
Kiedy odsunęła moje czarne zasłony, moje oczy zostały
porażone jasnymi promieniami porannego słońca.
— Dzisiaj już koniec. Cieszysz się?
— Jasne - westchnęłam cicho. Patrząc na ciotkę, nie
widziałam ani grama współczucia czy żalu. Wydawało mi się, że tak naprawdę nie
obchodziło ją to, że ich już nie ma.
— Jest dwunasta. Rusz się! — krzyknęła i wyszła.
Podniosłam się na łóżku i przetarłam twarz dłońmi. Nie
mogłam w to uwierzyć, że to już. Ten dzień nadszedł. Wydawało mi się, że czas
płynął zbyt szybko. Miałam zbyt mało czasu by to wszystko sobie przyswoić.
Wstałam ociężale z łóżka i wyjęłam z szafy czystą bieliznę i
sukienkę. Wzięłam szybki, zimny prysznic, by trochę się otrząsnąć. Założyłam
czarną sukienkę z ćwiekami, którą dostałam na szesnaste urodziny od mamy. Gdy
mi ją dawała, powiedziała, że to prezent na specjalne okazje. Kto mógł
pomyśleć, że kilka miesięcy później założę ją na jej pogrzeb. Wszystko było ze
sobą tak dziwnie powiązane.
Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Byłam blada, jak
trup, a czarna sukienka i włosy jeszcze bardziej podkreślały moją karnację.
Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. „Wszystko będzie dobrze. Pójdziesz tam
i zaraz wrócisz. To szybko się skończy.” Powtórzyłam sobie w myślach to
dziesięć razy, by ruszyć z miejsca. Wiedziałam, że to nie będzie takie łatwe.
Iść i wrócić - brzmiało banalnie. Zbyt banalnie. Założyłam na nogi czarne buty,
które również były prezentem od mamy i zeszłam na dół. Kiedy ciotka mnie
zobaczyła, miała zdziwioną minę. Tylko nie wiedziałam, o co chodzi.
— No jesteś nareszcie! Tak chcesz iść? — zapytała, pokazując
na mnie. Spojrzałam na siebie. Czarna sukienka do kolan, czarne rajstopy i
buty.
— Tak, tak chce iść. — odpowiedziałam. Ciotka wywróciła oczami
i prychnęła pod nosem. Wzięłam z flakonu dwie białe róże, które miały być w
pewnym sensie moim podziękowaniem i pożegnaniem dla rodziców.
— Jedziemy.
Zajęłam tylne siedzenie w samochodzie i ruszyłyśmy. Kiedy
patrzyłam na niebo przez szybę samochodu, widziałam ciemne chmury. Pogoda
zaczęła się psuć bardzo szybko.
Kiedy dojechałyśmy na cmentarz, czułam zdenerwowanie. Było
dużo ludzi. Praktycznie wszyscy byli mieszkańcami Seattle. Przyjaciele,
pracownicy, sąsiedzi. Wszyscy, którzy znali moich rodziców. Czułam ich wzrok na
sobie, czego nigdy nie lubiłam.
Weszliśmy do „sali pożegnań”, znajdującej się w domu
pogrzebowym, gdzie stały otwarte trumny. Kiedy je zobaczyłam, poczułam mocny
ścisk w gardle i w żołądku. Przez cały czas powtarzałam sobie w myślach, żeby
nie popłakać. To była ostatnia szansa pożegnać się z nimi. Podeszłam powoli do
trumien i w tym momencie już nie wytrzymałam. Patrząc na swych martwych
rodziców, miałam ochotę krzyczeć. Wiedziałam, że już nigdy ich nie usłyszę, ale
miałam jeszcze w sobie cień nadziei, że jednak się obudzą. Ich twarze były
spokojne. Wyglądały tak, jakby wiedzieli, że wszystkie ziemskie sprawy mają już
załatwione. Stałam i cicho łkałam, nie móc wytrzymać tego wszystkiego. Moje
serce rozrywało się na strzępki, a łzy wypalały mi rany na twarzy. Teraz czułam
prawdziwy ból.
Usiadłam na krześle, chcąc się trochę uspokoić. Ludzie
wchodzili do środka, żegnali się i siadali na krzesłach. Po kilku minutach
każdy, kto chciał coś powiedzieć, wychodził na „mównicę”, ale ja nie miałam na to siły. Nie chciałam wyjść i przemawiać.
Nie byłam w stanie mówić o tym, co dobrego zrobili i co ich za to spotkało.
Chciałam, żeby odeszli z godnością bez żadnych kłamstw i udawanej wdzięczności.
~ Z perspektywy Michaela ~
Noc minęła bardzo szybko. Kiedy
spojrzałem na zegarek, było już po jedenastej . Leżałem, patrząc w sufit i
zawalałem mój umysł myślami. Czułem się dziwnie. W oczach Bell byłem twardy i
wiedziałem, na czym stoję, ale w rzeczywistości czułem się bezsilny. Tak naprawdę
nie wiedziałem, co robić i jak pomóc
Jessice. Starałem się myśleć pozytywnie. Wierzyłem, że jakoś uda mi się
pomóc jej w tych trudnych chwilach. Tego dnia wszystko miało się zakończyć.
Wstałem powoli i poszedłem do łazienki. Słyszałem, że moje
rodzeństwo jest już wraz z mamą na dole. Wszedłem pod strumień lodowatej wody,
która spływając po moim ciele, sprawiała odczucie wbijania pojedynczych i
małych igiełek w skórę. Zamknąłem oczy i przez chwilę stałem bez ruchu,
opierając się o ścianę. Czułem się tak, jakbym odpłynął gdzieś daleko, ale po
chwili otrząsnąłem się i zacząłem się myć. Przez moją głowę przelatywały
tysiące pytań, głównie dotyczących pogrzebu. Bałem się tego, że Jess nie wytrzyma,
że jej emocje wezmą nad nią górę i po prostu zacznie histeryzować, ale z jednej
strony wierzyłem w nią.
Kiedy zakończyłem mój prysznic, owinąłem ręcznik wokół
bioder i wróciłem do swojego pokoju. Z moich włosów spadały krople wody, które
obijały się o podłogę. Podszedłem do szuflady i wyjąłem z niej czyste bokserki,
które następnie ubrałem. Kiedy stanąłem przed szafą, oparłem ręce o biodra i
ciężko westchnąłem. Przejechałem oczami po półkach i wyciągnąłem czarne dżinsy
i białą koszulę — jedyną, jaką miałem. Ubrałem się i zszedłem na dół.
— Już wstałeś? — zapytała mama. Usiadłem przy stole i
podparłem głowę ręką.
— Praktycznie to nie spałem. — odpowiedziałem.
— Dlaczego? — zapytała, a ja wzruszyłem tylko ramionami.
Mama zaczęła dawać na stół talerze ze śniadaniem. Patrząc na to wszystko, nie
miałem najmniejszej ochoty na jedzenie. Wszyscy zasiedli przy stole, a ja
wstałem.
— A ty nie jesz? — zapytała mama ze zdziwioną miną. Zawsze
powtarzała, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, ale, jak to ja, miałem to gdzieś.
— Nie jestem głodny — rzuciłem. Włożyłem buty i wyszedłem na
werandę. Oparłem się o słup podtrzymujący daszek, wyciągnąłem paczkę fajek i
zapaliłem. Nie ukrywałem tego i wcale nie musiałem. Moja mam była przeciwna
paleniu, ale mając szesnaście lat, robiłem to, co chciałem. Byłem buntownikiem
i wszyscy o tym wiedzieli. Rozumiałem, że sam sobie szkodzę, ale nikotyna
działała na mnie uspokajająco i dlatego po nią sięgałem.
Kiedy papieros już się wypalił, zgasiłem go o schody i
wyrzuciłem. Wtedy z domu wyszły moje siostry i matka, która tylko pokręciła
głową. Starałem się uciec od jej wzroku i cały czas patrzyłem w niebo albo w
ziemię. Carol podeszła do mnie i dała mi czarną bluzę, a ja spojrzałem na nią
zdziwiony.
— No masz! Może później padać.
Stanęliśmy obok pojazdu Bruce'a. Oparłem się o dach
samochodu i myślałem nad wszystkim. Widziałem, że niektórzy nasi sąsiedzi
również wyjeżdżają.
— Pewnie będzie dużo ludzi. — odezwała się Joan.
— No. Szkoda mi tej dziewczyny — odezwała się mama.
— Michael pójdziesz później do niej? — zapytała Carol.
Stanąłem prosto i wsadziłem ręce do kieszeni.
— Nie wiem.
— Dobra możemy już jechać — odezwał się Bruce, wychodząc z
domu. Kiedy wszyscy wsiedliśmy, mój starszy brat odpalił silnik i ruszyliśmy.
Patrząc na szare niebo rzeczywiście wydawało się, że za chwilę na ziemię runie
struga deszczu. Droga zajęła nam kilka minut. Gdy wysiadłem z samochodu,
poczułem mocny powiew zimnego wiatru, który spowodował, że na moim ciele
pojawiły się ciarki. Wyciągnąłem z bratem wiązanki, które kupiła wcześniej mama
i ruszyliśmy do kaplicy w ciszy. Kiedy doszliśmy z rodziną do domu
pogrzebowego, gdzie odbywał się obrządek, widziałem sporo znanych mi osób. W
tłumie zobaczyłem Andego, do którego bez wahania podszedłem.
— Cześć — powiedziałem cicho.
— Siema — odpowiedział.
— Widziałeś Jess?
— No, szła z jakąś babką.
Nie odezwałem się już. Stałem w ciszy, a moja rodzina stała
za nami. Trzymałem wiązankę i rozglądałem się dookoła. Ludzie mieli kamienne
twarze i nie byłem w stanie określić,
czy czują smutek, czy obojętność. Wielu ludzi przychodzi na pogrzeb
tylko z przymusu, myśląc, że to sąsiedzki obowiązek. Starsze panie zaczęły odmawiać modlitwy, a
razem z nimi pozostali zgromadzeni. Nie byłem do bólu katolikiem, ale to była
wyjątkowa sytuacja. Po prostu chciałem coś zrobić dla Jess, nawet w duchowym
sensie.
Kiedy ludzie zaczęli wychodzić budynku, zacząłem szukać
wzrokiem swojej dziewczyny. Wiedziałem, że jako najbliższa rodzina szła z
przodu, ale i tak nie mogłem jej dojrzeć. Jedyne, co było słychać w tym tłumie
to płacz, modlitwy i szelest liści. Po pięciu minutach dotarliśmy na miejsce,
które miało być miejscem spoczynku rodziców czarnowłosej. Wyszukałem wzrokiem
Jess. Stała skupiona, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się wokół niej dzieje.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, by pożegnać wspaniałych ludzi:
Natalie i Christophera Bell. Pan zabrał ich szybko do swego królestwa, ale
musimy być pełni nadziei. Gdy przyjdzie czas, spotkamy się z nimi ponownie.
Słuchając słów księdza,
starałem się zrozumieć to wszystko. Życie — śmierć. Dobro — zło. Nie da się
tego do końca opisać. To jest coś niezrozumiałego. Widzisz osobę, rozmawiasz z
nią, a za kilka dni jej już nie ma i mówisz: co?! Jak to?! Przecież ostatnio z
nią rozmawiałem!
Nigdy nie wiesz, kiedy nadejdzie śmierć i kto będzie jej
pierwszą, czy kolejną ofiarą.
Gdy ksiądz przemawiał, wiatr się wzmógł, a z ciemnych chmur
zaczął padać deszcz, który z minuty, na minutę zaczął się nasilać. Ludzie
wyciągali czarne parasole, bojąc się zmoknięcia. A Jess stała na deszczu nie
ruszając się z miejsca. Wyglądała tak, jakby już nic, nie było dla niej ważne,
nawet życie.
~ Z perspektywy Jess ~
Stałam, jak posąg, przemoknięta aż do suchej nitki. Patrzyłam
ciągle w to samo miejsce. Już nic się dla mnie nie liczyło. Wszystko wokół mnie
przestało istnieć. Czas się zatrzymał, a moje serce zaczynało zwalniać.
Patrzyłam jak krople deszczu uderzają o trumny i spływają po nich.
Z przemowy księdza nie wynikało praktycznie nic. Na każdym
pogrzebie rozważają cenę życia na ziemi, jak i po śmierci. Starają się pokazać,
czym jest śmierć, lecz sami tak naprawdę tego nie rozumieją.
— Państwo Bell, życzliwi i poczciwi ludzie. Każdy z nas tu
obecnych, który ich znał, może zaświadczyć, że byli godnymi zaufania osobami.
Niestety, los nie był tak łaskawy. Tragiczny wypadek spowodował, że nasza
siostra i brat odeszli, pozostawiając w bólu młodą i jedyną córkę. Utrata rodziców
nie jest czymś łatwym i wszyscy kiedyś poczujemy to na własnej skórze.
Z każdym słowem księdza w moich oczach zbierały się łzy.
Fakt, że miałam ich już nigdy nie zobaczyć, rozdzierał moje serce na drobne
kawałeczki. W myślach pytałam Boga: Dlaczego oni?! Dlaczego teraz?!
Mogłam krzyczeć i przeklinać Boga za to, że zabrał ich tak
wcześnie i chyba Go za to trochę obarczałam, ale czy miałoby to jakikolwiek
sens? Nawet jeśli, to i tak nie przywróciłoby im życia. Deszcz nadal padał, a
pogrzeb dobiegał już końca. Po krótkiej modlitwie nadszedł czas, aby w końcu
zakończyć to, co kiedyś się zaczęło.
Położyłam białe róże na trumnach, a one pod wpływem kropel
deszczu zdawały zmieniać kolor na czerwony. Emocje zaczęły mną targać. Widząc
znikające trumny, miałam ochotę przeraźliwie krzyczeć i płakać. Czułam, jak
toczę walkę sama ze sobą. Wszystko się we mnie trzęsło, a łzy lały się
strumieniami. Ludzie zaczęli powoli znikać, a ja nadal stałam bez ruchu. Kiedy
trumny zniknęły w dole, poczułam, jakby kamień spadł mi z serca. Deszcz ustał.
Spojrzałam w niebo, które zdawało się otwierać i odsłaniać ciepłe promienie
słońca. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie ich
szczęśliwych. Coś mówiło mi, że nie muszę się o nich martwić. Pozostało
mi jedno: żyć. Ten dzień miał być końcem, ale i początkiem nowego, z mojego
punktu widzenia, pustego życia. Bez rodziców wiadomo, nie miało być już tak
kolorowo, ale przysięgłam sobie, że ich nie zawiodę i będę żyć według ich
wskazówek. Wokół mnie zrobiło się pusto. Byłam tylko ja i moje myśli. Wzięłam
głęboki wdech i wypuszczając powoli powietrze, czułam, że to koniec tego
rozdziału. Koniec smutku, koniec żalu. Koniec pytań.
— Bo nic nie trwa wiecznie, nawet zimny, listopadowy
deszcz...
Po krótkiej chwili odeszłam od grobu. Przy bramie cmentarza
zobaczyłam Michaela. Podeszłam do niego powoli, patrząc w dół. Nie chciałam, by
widział moje zapłakane oczy. Gdy byłam już przy nim, nie mówiłam nic podobnie,
jak i on. Przybliżył się powoli i przytulił mnie mocno. Pociągnęłam nosem i
wtuliłam się w jego ramiona, czując ukojenie i ciepło. W tamtej chwili właśnie
tego potrzebowałam. Ciepła i miłości, którą mnie otaczał.
— Teraz już będzie dobrze — szepnął. Zawsze wierzyłam w jego
słowa. Podtrzymywał mnie na duchu i doskonale wiedziałam, że mogę mu zaufać.
Odsunęłam się i spojrzałam w jego oczy, a na mojej twarzy
pojawił się lekki uśmiech. Sama obecność tego chłopaka sprawiała, że
odzyskiwałam siebie. Kiedy spojrzałam w lewo, zobaczyłam lekko zdenerwowaną
ciotkę, która opierała się o dach samochodu.
— Ja... chyba muszę iść — powiedziałam. Michael westchnął i
pokiwał głową.
— Zadzwoń, jak poczujesz się lepiej — powiedział, zakładając
mi pasmo włosów za ucho. Pokiwałam głową, pocałowałam go w policzek i poszłam w
stronę samochodu.
— Wsiadaj!— powiedziała ostro kobieta. Zrobiłam, więc to, co
powiedziała.
— Dłużej się nie dało?! — zapytała. Wywróciłam oczami i
spojrzałam za okno.
— Co ty tam w ogóle robiłaś tyle czasu?
Pytania, które zadawała, zaczęły mnie denerwować. Chciałam
mieć spokój po tym wszystkim, a ona tego chyba nie rozumiała.
— Boże...chciałam się z nimi pożegnać. To chyba normalne...
— O jeju... — powiedziała cienkim głosikiem. Popatrzyłam na
nią zdziwiona. Z jej strony to było podłe. Przed kilkoma minutami pożegnałam
kochających mnie ludzi, a ona nic sobie z tego nie robiła.
— O jeju? O jeju? Zdajesz sobie sprawę z tego, co przed
chwila się wydarzyło? — zapytałam.
— Tak, twoi rodzice zostali pochowani... Wystarczy? —
zapytała.
— Jedź już i się nie odzywaj — odpowiedziałam szybko. Każde
jej słowo było jakby płynące jadem. Zachowywała się tak, jakby cała żółć z niej
wypływała, a przez to wyżywała się na mnie.
Kiedy byłyśmy już w domu, poszłam do siebie. Zamknęłam drzwi
na klucz i oparłam się o nie. Przymknęłam oczy i rozkoszowałam się ciszą, która
panowała w moim umyśle. Chciałam, żeby cisza, która mnie uspokajała, trwała
przez cały czas. Po chwili odeszłam od
drzwi i położyłam się na łóżku. Przytuliłam poduszkę i patrzyłam w okno.
Widziałam, że na szybie pojawiają się krople deszczu. Westchnęłam cicho i
zamknęłam oczy. Leżałam tak w bezruchu, zapominając o rzeczywistości, aż w
końcu zasnęłam.
Obudził mnie krzyk ciotki z dołu. Otworzyłam szybko oczy i
podniosłam się na łóżku. W pokoju było ciemno, a ja nie miałam bladego pojęcia,
dlaczego ciotka mnie tak przeraźliwie woła. Przetarłam twarz dłońmi i wstałam
szybko z łóżka.
— Jesicaaa!!!
Zbiegłam szybko po schodach i zobaczyłam ciotkę trzymającą
słuchawkę telefonu.
— Co się dzieje? Czemu tak krzyczysz? — zapytałam zaspana.
— Bo chyba głucha jesteś! Wołam cię dwadzieścia razy a ty
nic!
— Spałam...
— Nic mnie to nie
obchodzi! Ja też chce sobie pospać! Trzymaj! — krzyknęła, wciskając mi
słuchawkę. Odprowadziłam ją morderczym wzrokiem do kuchni.
Boże... Co za kobieta...
Oparłam się o stolik i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
— Słucham? — powiedziałam zachrypniętym głosem.
— Jess wszystko w porządku? — zapytał Michael.
— Ach... ym... tak.
— Nie zadzwoniłaś i zaczynałem się martwić — kiedy to
powiedział, na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Usiadłam w fotelu razem
z telefonem.
— Przepraszam, zasnęłam i dopiero teraz ciotka mnie obudziła
zresztą sam słyszałeś.
— Tak, słyszałem, aż mnie ciarki przeszły — powiedział, a ja
się zaśmiałam.
— Mnie też.
— Jak się czujesz? - zapytał. Westchnęłam cicho i przetarłam
twarz dłonią.
— Lepiej, nie czuje już tego straszliwego smutku jak na
początku.
— To chyba dobrze.
— Tak, a Ty? Co robisz?
— W sumie to nic. Trudno coś robić po północy.
— Co?! Już jest tak późno? — zapytałam zdziwiona. Chłopak
zaśmiał się, a ja sama zaczęłam się z siebie śmiać.
— Trochę sobie pospałaś, kochanie.
— Chyba tak.
Mój humor zaczął się polepszać. Czułam się coraz lepiej i
wiedziałam, że od tej pory moje życie osiągnie spokój.
— Jutro gdzieś pójdziemy, żebyś to wszystko odreagowała,
jeśli oczywiście chcesz — powiedział. Przez chwilę pomyślałam, czy ta żałoba
nie kończy się zbyt wcześnie, ale z drugiej strony czarny kolor nosiłam na
sobie, jak i we wnętrzu mojego serca. Nie mogło mi to utrudniać spotkań z
ludźmi i rozmową z nimi. Wręcz wiedziałam, że to będzie dobry pomysł, wyjść
gdzieś niż siedzieć w czterech pustych ścianach.
— No, dobrze.
— Przyjdę po ciebie gdzieś po pierwszej, zgoda? — zapytał
swoim słodkim głosem. Uśmiechnęłam się lekko i założyłam za ucho kosmyk swoich
włosów, który zaczął opadać mi na twarz.
— Dobrze.
— W takim razie... śpij dobrze, słonko.
— Ty też, dobranoc — odpowiedziałam i odstawiłam słuchawkę.
Wstałam z fotela i podążyłam do kuchni po wodę. Ciotka stała
obok przejścia z kpiącym uśmieszkiem.
— Co? — zapytałam, wyciągając szklankę z szafki.
— Słuchaj, nie obchodzi mnie to, kto dzwonił, ale następnym
razem nie będę odbierała tych pieprzonych telefonów, tylko dlatego, że tobie
się nie chce ruszyć dupy z wyra, dobra?! — powiedziała. Kiedy to usłyszałam,
postawiłam mocno szklankę na blat i popatrzyłam na nią wrogo.
— Nie rozumiesz, że spałam i nie słyszałam telefonu?! —
zapytałam, podnosząc głos. Czułam się bardziej zdenerwowana, a moje serce
zaczęło coraz szybciej pompować krew.
— Każda wymówka jest dobra, no nie?
Moja dłoń coraz
mocniej zaciskała się na szklance, a ja marzyłam o tym, żeby już zostawiła mnie
w spokoju.
— W każdym razie, zapamiętaj sobie to, że nie będę na każde
twoje skinienie — powiedziała i wyszła. W tym momencie szklanka po wpływem
mojego ścisku pękła, raniąc moją dłoń. W pierwszej chwili tego nie zauważyłam,
ale gdy poczułam pieczenie, zorientowałam się, co się stało.
— Cholera! — powiedziałam. Z mojej dłoni wyciekała
szkarłatna ciecz, robiąc plamy na podłodze i blacie. Oparłam się o zlew,
odkręciłam wodę i włożyłam dłoń pod lodowaty strumień.
Obmyłam delikatnie
rękę i ostrożnie sprzątnęłam szkło z podłogi i blatu. Wzięłam butelkę wody i
poszłam szybko do łazienki obok, gdyż krew zaczęła znów wyciekać. Otworzyłam
szafkę i znalazłam gazę oraz bandaż. Obmyłam dłoń wodą utlenioną, co było
bardziej piekącym doznaniem. Usiadłam na brzegu wanny, roztargałam opakowanie
gazy i dałam ją na wewnętrzną stronę dłoni. Rozwinęłam trochę bandażu i
zaczęłam owijać sobie dłoń.
Kiedy skończyłam, wzięłam butelkę wody i wróciłam do pokoju,
trzaskając drzwiami. Byłam zdenerwowana na Agnes. Robiła wszystko by mnie
rozwścieczyć, a ja się na to dawałam jak głupia. Ubrałam na siebie koszulkę i
spodenki, w których zawsze spałam i położyłam się w łóżku. Oparłam łokcie o
kolana, a głowę o ręce i tak siedziałam przez dziesięć minut w ciemności i
ciszy, uspakajając skołatane nerwy. Kiedy moje emocje opadły położyłam się na
bok i przykryłam kołdrą. Patrzyłam w okno, za którym rozciągało się ciemne
niebo. Mój wzrok wędrował w dół i w górę i tak kilka razy aż w końcu zasnęłam,
kończąc ten ciężki dzień.

No muszę się zgodzić, że ze wszystkich rozdziałów, które do tej pory dodałaś, ten jest najlepszy. Bardzo fajne, szczegółowe opisy, w dialogach też widzę poprawę - nie tylko przy ich poprawności, ale także przy treści i stylu.
OdpowiedzUsuńNajbardziej podoba mi się fragment ze snem, zwłaszcza ta końcowa część z wodą. Takie dynamiczne opisy zazwyczaj nie są łatwe do stworzenia, więc tutaj duży plus dla Ciebie, bo wyszedł naprawdę dobrze. Dodatkowo bardzo płynnie przeszłaś ze snu do rzeczywistego świata, co również jest ważne.
Poza tym podobają mi się wszelkie sceny podczas pogrzebu, czy to z perspektywy Duffa, czy Jess. Mają rzeczywiście bardzo smutny, żałobny klimat, aż mi samej czasami chciało się płakać, jak sobie myślałam, co musi przeżywać Jess, patrząc na martwe ciała swoich rodziców. Swoją drogą otwarte trumny to coś strasznego.
Pozbyłabym się w sumie końcówki i urwała w momencie, kiedy Jess okłada słuchawkę, bo moim zdaniem jest ona zbędna, ale to w końcu Twoja wizja. Może wydaje mi się tak też przez to, że ogólnie nie podoba mi się postać tej ciotki. Jest trochę lepiej wykreowana niż wcześniej, ale nadal trochę przekoloryzowana, zwłaszcza gdy ona i Jess zaczynają krzyczeć. W większości sytuacji trochę przesada moim zdaniem.
Najbardziej miałabym do Ciebie prośbę o dwie rzeczy. Po pierwsze dobrze by było, gdybyś robiła wcięcia za każdym razem, gdy przenosisz tekst do nowej linijki - także przy dialogach. Łatwiej jest wtedy się zorientować, że to na pewno jest nowy akapit i lepiej się czyta. Drugą rzeczą jest wyjustowanie tekstu (czyli dorównanie go zarówno do lewej, jak i prawej strony) po to, by wyglądał po prostu schludniej. Opcje wyjustowania masz zarówno w Wordzie, jak i przy tworzeniu posta.
Jedna uwaga logiczna - w poprzednim rozdziale było zaznaczone, że pogrzeb ma być o dwunastej, a tutaj jest już po dwunastej, gdy Duff się budzi.
Serdecznie pozdrawiam. :*