sobota, 23 lipca 2016

• Rozdział Trzeci •

OK! Napisałam na szybko rozdzialik i znikam na tydzień. Z góry przepraszam za błędy. Miłego czytania!



I never wanted this to happend


~ Z perspektywy Jess ~

Przez całą noc leżałam na łóżku, próbując jakoś zasnąć. Zegarek na szafce nocnej wskazywał dziewiątą. Wstałam, więc i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej czarne dżinsy, jak i bluzę. W domu było cicho. Słuchać było tylko skrzypienie podłogi, po której stąpałam. Skierowałam się do łazienki i weszłam pod prysznic. Kiedy stałam pod strumieniem chłodnej wody, zastanawiałam się, czy nie powinnam zadzwonić do Michaela i przeprosić go za zachowanie ciotki. Ledwo przyjechała i już zaczęła rządzić wszystkim.
Osuszyłam się szybko, ubrałam czystą bieliznę, jak i przygotowane ciuchy. Popatrzyłam na swoje odbicie i musiałam stwierdzić, że czarny kolor dodawał mi mroczności, szczególnie z bladą cerą i czarnymi włosami. Nie lubiłam się wyróżniać z tłumu, dlatego też ubierałam się na czarno. Kiedy wyszłam z łazienki, kierując się w stronę schodów, z sypialni moich rodziców wyszła ciotka.
— O już nie śpisz. Bardzo dobrze. Po śniadaniu jedziemy.
Stałam w miejscu i patrzyłam, jak znika w korytarzu. Nie mogłam jakoś znieść myśli, że ta małpa sapała w sypialni moich rodziców. Według mnie nie miała prawa tego robić. Mogła spać w pokoju gościnnym, a nie w ich sypialni. Jeśli wydawało się, że zajmie ich miejsce to się grubo myliła.
Weszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sobie śniadanie. Nie przyszło mi nic genialnego na myśl jak płatki z mlekiem. Zresztą nic innego bym chyba nie zjadła. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. Czułam się dziwnie. Tak, jakbym nic nie czuła. Żadnych emocji. Nie wiem, dlaczego, ale coś, jakby odebrało mi chęć odczuwania smutku, czy złości, ale to się zmieniło, kiedy do kuchni weszła ciotka. Odwróciłam wzrok w stronę okna, nie przerywając jedzenia. Nie miałam najmniejszej ochoty na nią patrzeć. Sama jej obecność powodowała u mnie nagłą złość.
— Ech. Szczerze powiem, że Seattle to nudne miasto. Nic tu się nigdy nie dzieje.— powiedziała. Tak, w Seattle nic się nie działo. Dlaczego? Bo nigdy tutaj nie była więcej niż jeden dzień.
— Jesteś ciekawa, co zapisali ci rodzice?
Kiedy zadała to pytanie, popatrzyłam na nią, jak na idiotkę. Nie miałam pojęcia, jak mogła zadać w ogóle takie pytanie. Czy ja wyglądałam na osobę, oczekującą tylko na jakiś głupi spadek? Nie, ale ona? Chyba tak. Po śniadaniu wyszłam przed dom, by nie siedzieć z tą idiotką. Stanęłam obok samochodu, rozglądając się dookoła. Dzień zaczynał żyć. Robiło się coraz cieplej. Widząc przechodzących, szczęśliwych ludzi, czułam się strasznie. Tak bardzo chciałam być w tamtej chwili szczęśliwa. Razem z rodzicami, ale życie wybrało mi chyba inny kierunek.
— No wsiadaj i jedziemy. — powiedziała ciotka. Usiadłam na tylnym siedzeniu, nie chcąc być bliżej niej.
Kiedy ruszyłyśmy, siedziałam cicho, podczas gdy ona nawijała jak najęta, opowiadając o mieście, w którym mieszka. Wyglądałam przez szybę, zastanawiają się, co robię w jej samochodzie. Jednocześnie mogłabym otworzyć drzwi i wyskoczyć, ale czy to byłoby mądre ? Chyba nie.
— Nie wiem, dlaczego twoi rodzice postanowili tu zamieszkać, ale widzę, że wtedy nie myśleli rozsądnie. No, ale wtedy to chyba twoja matka była w ciąży z tobą, wiec jej się nie dziwie.
— Możesz się zamknąć, chociaż na chwile?! — zapytałam, podnosząc głos. Miałam już dość jej gadania, ale to był dopiero początek.
— No dobra! To, o czym chcesz gadać?—  zapytała.
— O niczym. Po prostu się zamknij.—  odpowiedziałam spokojnie, kierując wzrok za okno.
— Odzywaj się do mnie z szacunkiem!
Z szacunkiem? A gdzie jej szacunek do moich rodziców? Chyba go po drodze z gubiła..
Kiedy zatrzymała samochód pod urzędem, od razu z niego wysiadłam. Byłam zdenerwowana, bo nie wiedziałam tak naprawdę, co teraz będzie.
—Chodź! — Powiedziała ostrzejszym tonem. Przeszłyśmy przez kilka korytarzy i dotarliśmy do jakiegoś pokoju, do którego kazano nam wejść. Usiadłam na krześle przed biurkiem jakiegoś mecenasa.
— Rodzice spisali cały majątek, jak i wszystko, co było w ich posiadaniu. Pieniądze, jakie zainwestowali, przejdą na twoje konto, kiedy skończysz osiemnaście lat, podobnie jest z domem i samochodem. A wszystkie inne rzeczy typu płyty i biżuteria są twoje.
Rozumiałam wszystko, co było napisane, ale nadal nie rozumiałam powołania na opiekuna.
— Rozumiem.— odpowiedziałam smętnie.
— A jeśli chodzi o opiekuna prawnego to..
— Ja jestem teraz jej opiekunem prawnym.— Odezwała się ciotka. Mężczyzna popatrzył na nią, poprawiając okulary i zaczął śledzić tekst testamentu wzrokiem.
— Hmm.. Nie ma nic tu o opiekunie prawnym. A pani jest?
— Ciotką.
— Czy była pani wskazywana na opiekuna prawnego przez zmarłych? — zapytał.
— Ymm.. Tak!
— Czy ma pani jakiś papier potwierdzający fakt, że to pani ma się zająć dzieckiem?
Mężczyzna był coraz dociekliwy. Wydawało mi się, że jakoś nie wierzył w słowa mojej ciotki, podobnie jak ja.
— Oczywiście, że mam. — odpowiedziała i podała mu papierek. Mężczyzna zaczął go czytać, a ja siedziałam jak zmarnowana. Nie mogłam jakoś uwierzyć, że moi rodzice przekazaliby jej prawa rodzicielskie nade mną.
— Dobrze, w takim razie jest pani również uwzględniona, jako członek rodziny. W tej sytuacji może pani przejąć część majątku, ale dopiero, gdy córka państwa Bell skończy osiemnaście lat.
Że co?!— krzyknęłam w myślach. Nie dość, że miała być moim opiekunem, to miała mnie pilnować do osiemnastki.
Kiedy popatrzyłam na ciotkę, wydawała się radosna, że będzie mogła grzebać w pieniądzach moich rodziców.
— Czyli, że gdy Jessica skończy osiemnaście lat, to mogę wziąć połowę spadku, tak? — zapytała, krzyżując na piersi.
— Tak, ale pod warunkiem, że wtedy osiemnastoletnia już Jessica się na to zgodzi. Bo majątek jako całość jest zapisany na nią, nie na panią.
— Yhm. Rozumiem.
— Na tę chwilę może pani oczywiście, korzystać z małej części tych pieniędzy na rzecz Bell.
— A dom i samochód?
— No cóż, Jessica może mieszkać nadal w rodzinnym domu, ale z samochodu będzie mogła korzystać, kiedy zrobi prawo jazdy.
Cały spadek był dostępny po ukończeniu moich osiemnastych urodzin. Wszystko było w tym zrozumiałe, tylko nie fakt, że ciotka od teraz miała dostęp do pieniędzy.
— Dziękujemy bardzo. — Odpowiedziała ciotka.
Kiedy szłyśmy do samochodu była niewiarygodnie uradowana, a ja miałam ochotę jej za te uśmieszki po prostu przywalić. Od początku podejrzewałam, że nie chodzi o mnie tylko o pieniądze.

~ Z perspektywy Michaela ~

Wstałem po godzinie dziesiątej. Umyłem się szybko i zszedłem na śniadanie.
— Hej!— przywitała się moja siostra Carol. Nie odpowiadając, usiadłem obok Marka.
— Coś się stało Michael?— zapytała mama. Popatrzyłem na nią i nie wiedziałem co odpowiedzieć.
— Nie wiem. Bell nie odezwała się od wczoraj.
— Spokojnie jest wcześnie. Może jeszcze śpi. Wiesz, że teraz jest jej trudno. —  odpowiedziała mama, nakładając naleśniki na talerz.
— Jak zjem, to do niej pójdę. — odpowiedziałem, zabierając się za jedzenie.
— Ale o co chodzi? Bo ja nic nie wiem. — odezwał się Bruce. Mój brata był żołnierzem walczącym w Wietnamie. Podziwiałem go zawsze za odwagę i naprawdę byłem mu wdzięczny, za to, co dla mnie zrobił.
— Rodzice Jessy zginęli w wypadku.- odpowiedziała Joan.
— O, przykro mi.
— Ta..— prychnąłem. Nie miałem pojęcia już co robić. 
Szczerze, to po wczorajszym zacząłem się bać tej ciotki. Zachowywała się strasznie dziwnie i nie wiedziałem, czego mógłbym się po niej spodziewać. Zjadłem najszybciej, jak mogłem, ubrałem trampki i wyszedłem z domu, nie zważając na słowa matki. 
Wydawało mi się, że swoim zachowaniem krzywdzę ją coraz bardziej, niż wcześniej. Chciałem być odpowiedzialnym synem, ale jakoś mi się to nie udawało. Głupio się czułem, kiedy musiała przyjeżdżać do szkoły na wezwania nauczycieli. Szkoła była dla mnie jak więzienie, nie chodzi o to, że się nie uczyłem, bo bylem naprawdę bardzo dobrym uczniem. To się zmieniło, kiedy zacząłem się interesować rock and rollem, dziewczynami i wstyd przyznać... Narkotykami. Tak z narkotykami zacząłem eksperymentować już w podstawówce. Zaczęło się od niewinnego palenia marihuany, poprzez grzybki — od których bylem już ekspertem — aż po kokainę czy LSD. Dla mnie to było coś nowego i fajnego. Mogłem się poczuć jak pieprzona gwiazda rocka! Grałem ze starszymi kumplami z liceum i to od nich poznawałem uroki narkotyków.
Kiedy byłem już przed domem Jess, nie wiedziałem, czy zadzwonić na dzwonek, czy nie — ze względu na jej ciotkę, ale w końcu zadzwoniłem. Czekałem jakieś 10 minut, ale nikt nie wychodził. Stwierdziłem, że nikogo nie ma, wiec usiadłem na murku obok schodów i czekałem. Na szczęście wziąłem ze sobą walkmana i zacząłem słuchać Sex Pistols. Punk rock był moim życiem i duszą. Wychowywałem się na takiej muzyce i po prostu miałem ją we krwi podobnie jak moje rodzeństwo. Moim idolem był Sid Vicious — basista Sex Pistols. Od czasów podstawówki, kiedy zacząłem grać w zespołach, marzyłem o karierze muzyka. Marzyłem o scenie i sławie. Tylko nie wiedziałem jak to zrobić. Postanowiłem, że moje życie nie będzie nudne. Będzie mnie znał cały świat i podziwiał. Zaśmiałem się, myśląc o tym wszystkim. Te marzenia były tak irracjonalne, że sam w nie wierzyłem, ale postawiłem sobie cel, którym chciałem się kierować.
Pogoda zaczynała się psuć i zrobiło się chłodno. Był środek listopada. Z drzew opadły już wszystkie złote liście, a przez to cała okolica była szara. Patrząc na tamten czas, bardzo współczułem Jess. Jej rodzice odeszli przed świętami. Od kiedy pamiętałem, w jej rodzinie święta były czymś ważnym. Wchodząc do przystrojonego domu, czułeś tę rodzinną atmosferę i ciepło, które było wszędzie. Nie miałem pojęcia, jak sobie teraz poradzi z tą pustką, ale wierzyłem, że da rade.
Po godzinie nadal nie było nikogo. Pogoda całkiem się popsuła. Zaczęło lać, wiec ubrałem kaptur na głowę i wróciłem do domu. Kiedy dotarłem do domu bylem już mokry. Zdjąłem brudne, przemoczone trampki i rzuciłem je w kąt, podobnie jak mokrą kurtkę.
— I co? — zapytała Joan, kiedy wszedłem do salonu. Usiadłem w fotelu, ciężki wzdychając.
— Echmm.. Nic. Nie ma jej.
Siostra wróciła do czytania książki, a ja siedziałem, patrząc w sufit. Strasznie za nią tęskniłem, a po drugie nie miałem co robić. Była już prawie trzynasta, więc, żeby nie siedzieć jak ostatni debil, poszedłem do siebie. Wziąłem gitarę basową i zacząłem na niej grać. Nie byłem jakimś wirtuozem. Grałem na basie dla praworęcznych a bylem leworęczny, więc nauczenie się grać prawą też zajęło trochę czasu. Kiedy opanowałem już niektóre chwyty, gra stała się łatwiejsza. Mój brat Bruce uczył mnie grać, a nawet pożyczył mi gitarę. Czasami zastanawiałem się, jak wytrzymywał ze mną, kiedy bylem mały. Był starszy o trzynaście lat a ja zadawałem pytania, jak najęty odnośnie gry na gitarze. Jak widać czasami, opłacało się mieć rodzeństwo.

 

~ Z perspektywy Jess ~

Kiedy wróciłyśmy do domu, było już po pierwszej. Byłam wykończona. Nie fizycznie, ale psychicznie za to ciotka świetnie się bawiła, ciągnąc mnie po sklepach i szalejąc za pieniądze moich rodziców. Moje słowa nie dawały żadnego rezultatu. Jedyne co mogłam robić to siedzieć cicho.
— Zanieś te rzeczy do mojego pokoju. — odezwała się, wchodząc do kuchni. Zastanawiałam się, czy naprawdę ma na myśli pokój moich rodziców. Zaczęłam się powoli już denerwować. Miałam dość tego dnia.
— No co tak stoisz?— zapytała. Oparłam ręce na biodrach, ciężko oddychając.
— Czy mogłabyś to powtórzyć? Zanieść to do TWOJEGO pokoju?— zapytałam, podkreślając słowo. Ciotka wywróciła oczami i spojrzała na mnie jak na idiotkę.
— No, tak. Czegoś tu nie rozumiesz? — zapytała, siadając na kanapie.
— Tak. Pokój, który nazywasz swoim, jest pokojem moich rodziców, wiec ze względu na nich nie chce, żebyś tam spała. — powiedziałam stanowczo.
— Boże co za dziecko. — westchnęła cicho, choć słyszalnie. —  Dobrze, będę spać w pokoju gościnnym.
— Dziękuję. — odezwałam się i wzięłam jej zakupy do pokoju.
Wróciłam na dół, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w fotelu. Atmosfera a właściwie jej brak był odczuwalny już od wejścia. A dom, który przez cale moje dotychczasowe życie emanował radością, był szary i przygnębiający jak pogoda na zewnątrz. Przez to wszystko czułam się przygnębiona.
— I jak się czujesz ze świadomością, że jestem twoim opiekunem? — zapytała. Chyba lubiła mnie dobijać w każdym znaczeniu tego słowa. Nie miałam ochoty odpowiedzieć na to pytanie, wiec siedziałam cicho, rozkoszując się ciepłym napojem.
— Chcesz czy nie, kiedyś będziemy musiały rozmawiać, w końcu mamy spędzić ze sobą trochę czasu.
— Ta..
— Lepiej się poznamy kochanie — chciała chyba powiedzieć, że lepiej pozna pozostawiony mi majątek.
— Jasne. — odpowiedziałam kpiącą.
— Jutro pogrzeb twoich rodziców. W co się ubierzesz? — zapytała. Przetarłam twarz dłońmi, nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego.
— A co ma to wspólnego z drugim? To nie jest rewia mody tylko pogrzeb. Pogrzeb moich rodziców. Czy ty to do cholery rozumiesz?!— zapytałam.
— No przepraszam, ale to tez jest ważny dzień. — odpowiedziała. Nastała cisza. Wydawało mi się, że może coś zrozumiała, że nie jest mi łatwo nawet o tym wspominać.
— Przepraszam Jess, rozumiem sytuacje i tez jest mi przykro, ale życie toczy się dalej.
Ale mnie pocieszyłaś..
— Niby tak.— odpowiedziałam. —  Będzie jeszcze jakaś rodzina na pogrzebie?
— Nie, chyba nie.
Może to i dobrze..— pomyślałam. W sumie, po co miałaby się zjawiać cala rodzina, którą ledwo znam. Jednocześnie mógł nikt nie przychodzić i tak czułabym się chyba tak samo.
—Wychodzę.— powiedziałam, wstając.
—No ale gdzie? Przecież pada.
— Nie ważne.— odpowiedziałam i wyszłam. Na zewnątrz strasznie lało. Zawahałam się, czy zostać w domu, czy nie, ale z drugiej strony co miałam do roboty? Ubrałam wiec kaptur na głowę i ruszyłam przed siebie. Idąc w strudze deszczu, zastanawiałam się nad moim życiem. Jutrzejszy dzień miał zmienić wszystko w moim. Czułam, że odtąd będę inaczej patrzeć na ludzi i świat.
Kiedy dotarłam pod dom McKaganów, byłam już cała mokra, ale za bardzo mi to nie przeszkadzało. Zadzwoniłam na dzwonek, a po chwili drzwi otworzyła Carol.
— Matko! Jess, jesteś cala mokra, wchodź! — powiedziała, wciągając mnie do środka.
— Jess tak mi przykro. — odpowiedziała, przytulając mnie. Zawsze ona, jak i Joan traktowały mnie jak siostrę. Czułam się u nich jak w domu.
— Jest Michael? Muszę z nim pogadać.
— Tak, u siebie.
— Dzięki. — odpowiedziałam i ruszyłam w stronę schodów.


~ Z perspektywy Michaela ~

 

Siedziałem na łóżku, próbując coś stworzyć. Kiedy coś wpadło mi do głowy — grałem go, a później zapisywałem nuty na kartce. Dzisiaj nie szło mi tak dobrze. Byłem rozproszony i nie wiedziałem, o czym mam myśleć. Usłyszałem pukanie do drzwi.
— Nie ma mnie!—krzyknąłem. Jakoś nie miałem ochoty rozmawiać z rodzeństwem. Znów pukanie: No kurwa!
W końcu wstałem zdenerwowany, podszedłem do drzwi i szybko je otworzyłem.
— Co znowu chce.. Jessie? —  zapytałem zdziwiony. Nie wiedziałem, że przyjdzie.
—Teraz już jesteś?— zapytała. Palnąłem się w czoło i zaprosiłem ją do środka.
— Wybacz. Nie wiedziałem, że to ty.
Zamknąłem drzwi i popatrzyłem na nią. Widziałem, jak z jej włosów krople wody lecą na podłogę.
— Przyszłam cię przeprosić za zachowanie ciotki. Nie powinna cię wyrzucać z domu.
— Nic się nie stało.
Nie zachowywała się normalnie i wcale jej się nie dziwiłem. Podszedłem do niej i nie wiedziałem co zrobić.
— Jutro jest ich pogrzeb. —  odezwała się. Z jej oczu popłynęły łzy. Spojrzała na mnie, a ja stałem i topiłem się w jej pięknych, szklanych oczach.
— Michael ja nie dam rady. — odpowiedziała. Przytuliłem ją mocno, pozwalając się wypłakać. Wiedziałem, że powiedzenie: „Nie płacz”. — nic raczej nie da.
— Przepraszam.— powiedziała. Usiadła na krześle. Oparła ręce na kolana z i ukryta twarz we włosach.
— Nie przepraszaj mnie za coś, czego nie zrobiłaś. —  Odpowiedziałem, siadając na łóżku.
— Byłam dzisiaj z ciotką w urzędzie.
To dlatego jej nie było..
— I co?
— Po ukończeniu osiemnastu lat będę mogła korzystać już z pieniędzy.
— To nie masz się o co martwić.
— Może, tylko, że ciotka naprawdę jest teraz moim opiekunem prawnym. Rozumiesz to? Ja nie mogę jakoś w to uwierzyć, że moi rodzice tak postanowili.
— Martwili się. Może pomyśleli, że ciotka się dobrze tobą zaopiekuje.
— Nie wiem co mam już robić.
— Jutro będzie po wszystkim.
— Tak, ale..To nie jest koniec. Co dalej będzie?
Westchnąłem cicho i do niej.
— Jess wiem, że to, co się stało, zmieniło wszystko. Nigdy nie chciałem, by się tak stało, podobnie jak ty, ale zobacz. Czasu nie możesz zatrzymać. Jutro zakończysz ten najgorszy okres, a potem jakoś wszystko wróci do normy. Przecież będę przy tobie cały czas.
Kiedy to powiedziałem, uśmiechnęła się lekko. Kochałem ten uśmiech. Zawsze był szczery i piękny. W tamtych chwilach tego najbardziej mi brakowało.
— Jutro dzień szybko zleci, zobaczysz.
— Mam nadzieje. Martwi mnie fakt, że będę musiała mieszkać z tą zołzą.
— Zawsze możesz przyjść tutaj. Wiesz, że przyjmę cię w dzień i w nocy.
— Tak wiem.
— Zobaczysz, że wszystko się jakoś ułoży.
Przytulam ją mocno, by nie czuła już nienatywnych emocji. Jakoś nigdy nie byłem dobry w pocieszaniu, nie wiem dlaczego.

 

~ Z perspektywy Jess ~


Rozmowa z Michaelem uświadomiła mi ważną rzecz: To, co się stało już się nieodstanie. Miał racje co do tego. Czas uciekał, a ja nadal czułam jakbym stała w miejscu. Wiedziałam, że im prędzej zmierzę się i pogodzę ze śmiercią rodziców, tym lepiej będzie dla mnie. Nie chciałam wyjść na jakąś nieczułą francę, ale przecież ta żałoba, którą nosiłam była w moim sercu, a także częścią mojego życia. Całkowicie mną opanowała. Nie musiałam tego zewnętrznie pokazywać, choć to nie było łatwe.
Kiedy zrobiło się już późno, a zegarek wskazał dziewiątą, postanowiłam wrócić do domu.
— Czekaj, odprowadzę cię. —  odezwał się Michael.
— Nie, nie trzeba. Do jutra. —  odpowiedziałam i wyszłam. Widziałam zdziwienie na jego twarzy. Chciałam być z nim jak najdłużej, ale czekał mnie jutro ciężki dzień i chciałam pomyśleć nad tym wszystkim i poukładać to sobie. Kiedy patrzyłam w przeszłość, zauważyłam, jak szybko to przeminęło. Zbyt szybko. Miałam im jeszcze tyle do opowiedzenia, ale teraz to było już nieważne.
W domu świeciło się światło, a to znaczyło, że ciotka nadal nie śpi. Weszłam powoli do domu i ściągnęłam bluzę i buty, które powinnam już dawno wyrzucić.
— Gdzie byłaś tyle czasu?!- zapytała ciotka.
Spojrzałam na nią zdziwiona, bo nie wiedziałam, czemu się denerwuje.
 — No przejść się.. — odpowiedziałam i skierowałam się do kuchni. Zrobiłam sobie jakieś kanapki i herbatę. Mój żołądek domagał się codziennej dawki paliwa, którą zaniedbałam, nie jedząc obiadu. Szczerze powiedziawszy, to nie miałam najmniejszej ochoty na jedzenie dlatego też nie wciskałam sobie na siłę.
—Pogrzeb jest o dwunastej.- Odezwała się ciotka, opierając o futrynę.
— Tak wiem.— Mam nadzieje, że nie będzie jakiejś tragedii. Idę spać. Dobranoc.
— Dobranoc.
Przez chwile zastanawiałam się, co miała na myśli, mówiąc o jakiejś tragedii, ale szybko opuściłam tę myśl. Siedząc samotnie w kuchni, przypominałam, sobie codzienne poranki i wieczory z rodzicami. To było coś wspaniałego. Coś, co nigdy już nie wróci..




• Rozdział Drugi •

Heloł Wam wszystkim!

Drugi rozdział opowiadania już mamy. Pierwszy przeczytało trochę osób, lecz nie wiem, czy się Wam spodobał. Rozumiem, pierwsze rozdziały są nudne, ale to z czasem się zmieni. Jeśli przeczytacie ten, to bardzo prosiłabym o jakiś komentarz, który da mi odpowiedź, czy jest sens dodawać następne rozdziały. Jutro wyjeżdżam za granicę na tydzień i niestety nie będę mogła dodawać nowych rozdziałów. 
Z góry przepraszam za błędy. Miłego czytania! :)

 Just tryin' to kill the pain.







~ Z perspektywy Jess ~


Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Ten ból nie równał się z okropnością, jakiej doznawałam. Kiedy tylko wspominałam wczorajszy dzień, czułam jak moje serce, rozdziera się na strzępki. Nie mogło to do mnie dotrzeć. To było coś, czego w żaden sposób nie mogłam zrozumieć. Kiedy otworzyłam powoli posklejane od płaczu oczy, zdałam sobie sprawę, że nie leżę w łóżku sama, a z Michaelem, który nucił, moją ulubioną piosenkę. Nie chciałam obudzić się w pustym domu i naprawdę byłam mu wdzięczna, że był ze mną. Kiedy spostrzegł, że nie śpię, przestał nucić i podniósł się, a ja razem z nim. Spuściłam nogi na podłogę i wpatrywałam się w nią, opierając ręce na kolanach.
— Jak się czujesz? — zapytał.
Szczerze? Wydawało mi się, że zadał to pytanie z grzeczności, bo chyba wiedział, że nie czuje się dobrze.
— Jesteś głodna? — zapytał. Kiedy dotknął mojego policzka, przeszedł mnie dreszcz. Wzdrygnęłam się, a on odsunął dłoń. Nie chciałam, żeby myślał, że nie chce, żeby mnie dotykał. Ta cała sytuacja sprawiła, że jakoś nie czułam się, by normalnie funkcjonować. To tak, jakby ktoś odebrał mi część odpowiadającą za jakiekolwiek emocje względem drugiej osoby.
— Nie. — odpowiedziałam prawie bezgłośnie. — Kiedy przyszedłeś?
— Całą noc tu byłem. Nie mogłem cię tak po prostu zostawić. — odpowiedział. Popatrzyłam przez okno, za którym malował się piękny dzień. Piękny, lecz nie dla mnie. Kiedy zamknęłam oczy, wyobraziłam sobie moich rodziców, szczęśliwych i uśmiechniętych. Nie wiedziałam, czy istnieje coś po śmierci, ale skoro tak, to miałam nadzieję, że są szczęśliwi.
—Życie ma sens? — zapytałam, patrząc na zdjęcie, stojące na moim biurku. Przypominałam sobie tej najszczęśliwsze chwile, które już nigdy miały nie wrócić.
— Oczywiście, że tak.
— Skoro tak, to, dlaczego oni Michael? Dlaczego oni musieli odejść? Jest tyle morderców, gwałcicieli, którzy krzywdzą ludzi i nikt ich nie ukarze.— powiedziałam, czując łzy, które zebrały się w moich oczach.
— Jess posłuchaj.. — zaczął, klękając przede mną. Ujął moja twarz w swych dłoniach i spojrzał w oczy.— wiem, że to trudne i że cierpisz. Rozumiem to doskonale, że chciałabyś być z nimi, ale nic na to nie poradzimy. - z każdym jego słowem, traciłam nerwy i czułam, jak rozklejam się jeszcze bardziej.
— Zostałam sama Michael, sama. — wykrztusiłam.
— Nie zostałaś. Jestem z Tobą i zawsze będę. — odpowiedział, mocno mnie przytulając.

Czułam, jak moje oczy puchną od płaczu. Nie mogłam zatrzymać niczego, nawet czasu. Chciałam, okropnie chciałam cofnąć to wszystko i pobyć, choć ostatnie chwile z nimi. Poczułam się strasznie z myślą, że już nigdy nie poczuje ich miłości i ciepła, jaką mnie otaczali. Najgorsze było to, że nie pożegnałam się z nimi. Nie powiedziałam, jak bardzo ich kocham. To bolało mnie najbardziej. Kiedy się trochę uspokoiłam, oderwałam się od Michaela. Wytarł mi mokre policzki, patrząc na mnie ze współczuciem.
— Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży. Obiecuje.— powiedział, podnosząc lekko kącik ust. Bardzo chciałam, żeby miał racje.
Żeby oczyścić myśli i ogarnąć się, chociaż trochę poszłam do łazienki, by wziąć prysznic. Kiedy stanęłam przed lustrem, miałam ochotę krzyczeć. Oparłam ręce o umywalkę i popatrzyłam sobie prosto w oczy mojego odbicie. Byłam wściekła. W mojej głowie zebrała się nagła złość. Chciałam zabić ten ból, który wypełniał moje serce i umysł.
Mogłam jechać i być razem z nimi. Umrzeć razem z nimi. Teraz byłam sierotą. Chwyciłam się za głowę i chodziłam w kółko, nadal płacząc. W mojej głowie pojawiło się pytanie:, „Co teraz?". Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić życia bez rodziców, ale teraz musiałam przyzwyczajać, się żyć bez nich.


~ Z perspektywy Michaela ~

 
Kiedy Jess poszła do łazienki, udałem się na dół do kuchni, by przygotować choćby coś do picia. Wiedziałem, że robienie jakiegokolwiek śniadania nic nie da. Wziąłem kubek z napojem i zaniosłem na stolik. Usiadłem na kanapie i zacząłem zastanawiać się nad sensem życia i śmierci. Nigdy nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na to, dlaczego tak jest. Rodzimy się, a potem umieramy a dalej? Nie wiadomo. Znałem śmierć. Była blisko mnie. Wybrałem się razem z bratem i przyjaciółmi na narty wodne. Właśnie tego dnia poznałem śmierć, którą przeżyłem. Czułem błogość, spokój i ciepło. Wiedziałem, że nic nie może mi się stać. W tamtej chwili było mi już wszystko jedno, ale fakt, że przeżyłem śmierć kliniczna, umocnił mnie w wierze. Przeżyłem, żeby zrobić coś, dzięki czemu pozna mnie świat. Pokaże, co jest dobre a co złe i właśnie starałem się tak myśleć po tym wypadku, ale teraz to było zupełnie coś innego. Rodzice Jess zmarli. Odeszli na zawsze i właśnie w to jakoś nie mogłem uwierzyć podobnie jak ona.
Kiedy Jess przyszła do salonu wyglądała lepiej, choć po jej zachowaniu mogłem stwierdzić, że tak za bardzo nie jest. Usiadła obok mnie, podparła głowę rękami i westchnęła cicho.
— Lepiej się czujesz? — zapytałem.
— Nie.— odpowiedziała. Przez chwile siedzieliśmy w ciszy, która dudniła mi niemiłosiernie w uszach. Zastanawiałem się, co mogłoby jej poprawić humor, chociaż trochę.
Siedziała i patrzyła w stronę drzwi. Tak jakby czekała na to, że jej rodzice zaraz wejdą do domu, ale to było na nic. Kiedy popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się lekko, chcąc chyba pokazać, że nie jest tak źle, ale nie byłem głupi i wiedziałem, że to nie jest uśmiech szczęścia.
— Słuchaj Jess nie masz tu pewnie żadnej rodziny i chce, żebyś zamieszkała razem z nami. Z moją rodziną.— powiedziałem, trzymając ją za rękę. Przez chwile patrzyła na mnie, nic nie mówiąc. Wiedziałem, że się zastanawia i czekałem tylko na jej odpowiedzieć. Bardzo chciałem by ze mną zamieszkała i wiedziałem, że moja matka, jak i rodzeństwo się zgodzą.
— Michael, ale ja nie chce, być dodatkowym problemem.— powiedziała, patrząc w podłogę.
— Nie będziesz.— odpowiedziałem, mając w duchu nadzieje, że się zgodzi. Do drzwi zadzwonił dzwonek, więc wstałem i ruszyłem do nich.
Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem jakąś kobietę mniej więcej po trzydziestce ubraną w granatową sukienkę i okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Kiedy mnie zobaczyła, ściągnęła okulary, zdziwiła się i spojrzała jeszcze raz na numer domu.
— A ty to, kto? — zapytała, objeżdżając mnie wzrokiem. Nie wiedziałem, kim jest ta kobieta i również bylem zdziwiony. Stałem, jak kołek nie wiedząc, co zrobić. Jess podeszła do mnie i popatrzyła na kobietę.
— Tu jesteś! Już myślałam, że pomyliłam adres. — powiedziała i weszła do środka. Popatrzyłem zdziwiony na Jess a ona tylko wzruszyła ramionami. Czułem się jak debil.
— Kto to jest? — szepnąłem do Jess.
— Moja ciotka.
Czyli jednak miała jeszcze jakąś rodzinę. Z jednej strony cieszyłem się, że ma kogoś bliskiego, ale z drugiej strony to mogło oznaczać, że Jess nie zamieszka ze mną.
— No ale co ty tu robisz? — zapytała Jess.
— No jak to co? Przyjechałam na pogrzeb, nie? — odpowiedziała kobieta. — A tak poza tym no cóż, kochana jesteś teraz pod moją opieką.
— Tylko do dnia, w którym wyjedziesz..
— Otóż nie, kochanie. Przejęłam nad tobą opiekę.
— Że co?! — krzyknęła Bell. Po jej reakcji stwierdziłem, że nic gorszego nie mogło się stać.
— Właśnie to! A ty? Kim jesteś? — zapytała podniesionym głosem.
— Michael, jestem..— zacząłem. Kobieta podeszła do mnie i zaczęła mnie wyganiać.
— No dobra, dobra. Już spadaj do siebie! — krzyknęła.
Wypchnęła mnie na zewnątrz i dosłownie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Stałem chwile jak jakiś tępak, zastanawiając się, co to było. W końcu ruszyłem do siebie. Byłem zdziwiony, że kobieta może się tak zachować. Powiem szczerze, że to mnie zezłościło. Nie dość, że zostałem wyrzucony, to jeszcze okazało się, że jednak na zamieszkanie z nami Jess są małe, a nawet bardzo małe szanse.
Kurwa mać!
Wszedłem do domu i trzasnąłem drzwiami ze złości. Skierowałem się do kuchni, gdzie była moja siostra Joan i matka.
— I co? Jak ona się czuje? — zapytała mama, krojąc sałatę. Wziąłem szklankę i nalałem do niej wody. Nie wiem dlaczego, ale żebraka się we mnie jakaś nagła złość, której nie mogłem powstrzymać.
— A jak ma się czuć?! — krzyknąłem. Kiedy popatrzyłem na ich zdziwione twarze, postanowiłem trochę ochłonąć. Oparłem się o stół i wziąłem głęboki oddech, powoli wypuszczając powietrze. Czułem się głupio, bo krzyknąłem bez powodu.
— Przepraszam.
— No to teraz spokojnie powiedz, co się stało.— powiedziała moja siostra.
— Przyszła jakaś kobieta okazało się, że to ciotka Jess, która podobno ma być jej prawnym opiekunem. Wyrzuciła mnie za drzwi. — powiedziałem, denerwując się coraz bardziej z każdym następnym słowem, które wymawiałem.
— Michael spokojnie. — powiedziała Joan. Nie mogłem się uspokoić. Rozsadzało mnie od środka, tylko nie wiedziałem dokładnie co.
— No, ale dlaczego się tak denerwujesz? — zapytała mama.
— Skoro jest jej prawnym opiekunem, to będzie z nią mieszkać, czyli, że Jess nie zamieszka z nami. — powiedziałem szybko. Mama westchnęła głośno, a siostra wróciła do krojenia marchewki. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Czułem się przy nich głupio.
— Michael skoro jest jej prawnym opiekunem, to ma prawo decydować. Przecież będzie tu nadal mieszkać, tylko że z ciotką, wiec?
Moja mama jak zwykle miała rację. Przecież Jess cały czas byłaby w Seattle razem ze mną.
— Masz racje, przepraszam. — powiedziałem spokojnie. Poszedłem do swojego pokoju. Położyłem się na łóżku i myślałem o tej całej sytuacji.


~ Z perspektywy Jess ~


Stałam jak głupia, patrząc na to, jak ciotka wyrzuca z domu Michaela. Nie miałam pojęcia czy to jakiś żart, że się tu zjawiła. Zachowywała się jakby była u siebie.
— Jakim prawem wyrzucasz go za drzwi?!
— Żeby nam nie przeszkadzał.
— Możesz mi powtórzyć to, co przed chwilą powiedziałaś? — zapytałam. Popatrzyła na mnie, bezczelnie się uśmiechając.
— Jestem teraz twoim prawnym opiekunem.
— Nie. To chyba jakiś żart! — powiedziałam, chodząc w kółko.
— Niestety nie i teraz jesteś pod moją opieką, wiec nie kombinuj. — odpowiedziała, rozkładając się na kanapie jak jakaś pańcia, którą i tak była. Popatrzyłam na nią z chęcią mordu.
Nienawidziłam jej od dziecka. Widziałam ją jakieś trzy? Może cztery razy w życiu, ale zawsze zachowywała się jak suka w stosunku do mnie, a teraz miała być jeszcze moim opiekunem. To było nieprawdopodobne.
Usiadłam na parapecie okna, nie mogąc jakoś przyswoić sobie tej informacji.
— Byłam w urzędzie i załatwiłam wszystko. Jutro pojedziemy nad odczytanie testamentu twoich rodziców, a pojutrze będzie pogrzeb, wiec się przygotuj. — powiedziała i zaczęła się rozglądać. Wydawało mi się, że liczy każdą rzecz, jaka była w salonie. Miałam tylko nadzieje, że niczego nie planuje.
Wstałam zdenerwowana i poszłam do siebie. Zamknęłam drzwi, usiadłam na podłodze i oparłam się o nie. Tego było już za dużo. Czułam się przytłoczona i nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Fakt, że ciotka miała zostać moim prawnym opiekunem, nie wydawał mi się do końca prawdziwy. Nie mogłam uwierzyć, że rodzice zapisaliby, że w razie ich śmierci to właśnie ciotka Agnes zostaje moim opiekunem. To było śmieszne.

piątek, 22 lipca 2016

• Rozdział Pierwszy •


Don't you cry tonight..







~ Z perspektywy Jess ~


Siedziałam nad rzeką, rozkoszując się pięknym zapachem, który rozprzestrzeniał się na całym obszarze. Czułam, jak moje ciało otula ciepło popołudniowych promieni słonecznych. Patrząc w niebo, rozmyślałam nad błędami, które popełniłam. Obok mnie leżał Michael. Mój najlepszy przyjaciel, a zarówno chłopak, którego kochałam jak nikogo innego. Byliśmy razem od dziecka. Opiekował się mną, a ja traktowałam go jak brata. Z czasem to przerodziło się w coś więcej. Dzięki niemu stałam się jeszcze szczęśliwszą osobą. To z nim przeżywałam wspaniałe chwile, ale i też najgorsze w życiu. Czułam, że nasza miłość jest wieczna i nikt jej nie rozdzieli.
— Pojedziesz ze mną, Mattem i Joan nad Jezioro? — zapytał, bawiąc się kosmykiem moich czarnych jak węgiel włosów.
— A kiedy? — zapytałam, uśmiechając się szeroko.
Michael był jedyną osobą, która swoją obecnością zawsze wywoływała uśmiech na mojej twarzy. Znałam go doskonale tak, jak jego rodzinę. Wiedziałam o jego problemach w domu. Brak ojca, głowy rodziny spowodował dużo problemów. Michael nie był jedynym dzieckiem Państwa McKaganów. Jego siódemka starszego rodzeństwa pomagała matce jak tylko mogła w sprawach finansowych i domowych. Michael często wspominał, że czuł się winny rozstaniu rodziców. Był najmłodszy, a to oznaczało kolejne wydatki i problemy, ale ja tak nie uważałam. Zawsze powtarzałam mu, że to tylko wybór rodziców.
— Może juro? — zapytał po chwili.
Zastanowiłam się chwilkę nad tym pomysłem i wydawał się znakomity. Z Mattem i Joan dogadywaliśmy się bardzo dobrze, wręcz czułam, że traktują mnie jak następną siostrę. W Ich rodzinie panowała niezwykle rodzinna i miła atmosfera.
— Zapytam rodziców, ale powinni się zgodzić. — odpowiedziałam, całując go w policzek, na co on odwzajemnił pocałunek.
Moi rodzice bardzo lubili Michaela, a także jego mamę i często zapraszali ich do nas i odwrotnie.
 — A twoi rodzice są w domu?
 — Nie, pojechali do pracy. — odpowiedziałam, kładąc się na zielonej trawie obok niego. Moi rodzice byli wspaniali, ale też chcieli zapewnić mi, a także sobie godne warunki, więc często pracowali. Mama była adwokatem i zawsze marzyłam, żeby być taka jak ona. Chciałam pomagać ludziom w trudnych sprawach życiowych. Tata zaś pracował w sklepie muzycznym, do którego często zaglądaliśmy z Michaelem.
Michael kochał muzykę, kochał grać tak jak jego rodzeństwo. Każdy z ich grał na jakimś instrumencie, można powiedzieć, że byli utalentowaną rodziną. Michaelowi przysługiwała perkusja, gitara i bas, na którym uczył się grać z pomocą brata Bruce. Opowiadał mi również, że jego babcia grała na perkusji w jakiś zespole, co było również niesamowite jak dla mnie. Jakoś nie umiałam grać i śpiewać. Nigdy też nie starałam się, by spróbować się nauczyć, bo wiedziałam, że nic z tego nie wyjdzie.
Kiedy tak spokojnie, leżeliśmy, rozkoszując się ciszą i spokojem, jaki tam panował, usłyszeliśmy głos, a raczej krzyk..? Kiedy podnieśliśmy się zobaczyliśmy Joan..?
— Jess! Jess! Chodź szybko! – krzyknęła, zatrzymując się, by złapać oddech. Popatrzyłam na Michaela zmieszana, nie wiedząc, o co chodzi.
— No, ale co się stało, pali się, czy co? — zaśmiałam się. Brunetka wzięła głęboki wdech i popatrzyła na mnie śmiertelnie poważnie.
— Twoi rodzice mieli wypadek! Chodź szybko! – krzyknęła.
 W pierwszej chwili nie wiedziałam, co robić. Kiedy dotarło do mnie to, co przed chwilą powiedziała, szybko wstałam i zaczęłam biec razem z nią. Michael ruszył za nami, ale w tamtym momencie nie patrzyłam za siebie. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do szpitala i zobaczyć się z rodzicami. Biegłyśmy najszybciej, jak się dało, nie zatrzymując się nawet na sekundę. Moje serce biło jak oszalałe, a w głowie przez cały czas modliłam się o to, by im nic nie było.
Pokonałyśmy drogę do szpitala w ciągu 20 minut. Z każdym krokiem zbliżającym mnie do nich czułam wzrastające zdenerwowanie. Nie wiedziałam, w jaki są stanie i co się dokładnie stało. Na korytarzu zobaczyłam lekarza, więc podbiegłam do niego.
— Co z nimi?! Gdzie oni są?! – krzyknęłam, patrząc na mężczyznę. On wbił wzrok w podłogę i rozłożył ręce, ciężko wdychając.
— Przykro mi, ale obrażenia były zbyt ciężkie. — kiedy to powiedział, mój świat runął w okamgnieniu. Zaczęłam płakać, nie mogąc oswoić się z myślą, że ich już nie ma. Usiadłam na krześle, nie mogąc powstrzymać łez, które spływały po moich bladych policzkach.


~ Z perspektywy Michaela ~



Kiedy dotarłem do szpitala, nie wiedziałem gdzie mam iść. Nigdy nie lubiłem szpitali, jak i lekarzy, ale chciałem być teraz z Jess, ponieważ wiedziałem, że będzie potrzebowała kogoś bliskiego. Na jednym z korytarzy zauważyłem Joan przytulającą moją ukochaną. Podszedłem powoli do nich i zobaczyłem, że Jess jest w kompletnej rozsypce. Ukląkłem przy niej, dotykając jej mokrych od łez policzków. Jej brązowe oczy błyszczały jak nigdy. Widziałem w nich ból.
— Dlaczego teraz?! Czemu oni Michael, czemu? — zapytała, szlochając. Przytuliłem ją mocno, gładząc jej włosy.
 — Cii, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. — odpowiedziałem, choć sam nie wiedziałem, co plotę. Jej rodzice odeszli zbyt szybko. Wiedziałem, że to wydarzenie zmieni Jess, tylko nie wiedziałem jak bardzo. Razem z Joan zabraliśmy ją do domu. Czułem się bezsilny i nie wiedziałem jak jej pomóc. Liczyłem na to, że sama moja obecność pomoże jej, chociaż trochę poczuć się lepiej. Nie odzywała się przez całą drogę i wcale jej się nie dziwiłem. Kiedy wróciliśmy do domu, nie chciała z nami rozmawiać. Zamknęła się w swoim pokoju, a ja przez zamknięte drzwi słyszałem jak płacze, nie mogąc się uspokoić.  Usiadłem na kanapie obok Joan, czując się bezsilny i przytłoczony tą sytuacją.
— Co teraz będzie?— zapytała Joan. Przetarłem twarz dłońmi, zastanawiając się, co jej odpowiedzieć. Sytuacja była beznadziejna. Jess nie miała tu nikogo innego. Żadnej rodziny.
— Nie mam pojęcia. Czuje się strasznie. Nie wiem jak mam jej pomóc. — odpowiedziałem, chwytając się za głowę. Moja siostra położyła mi rękę na ramieniu. Kiedy na nią popatrzyłem, poczułem się podniesiony na duchu.
— Wystarczy, że przy niej będziesz. — odpowiedziała. Bałem się, że nie zajmę się nią tak, jak trzeba. Teraz ja i moja rodzina byliśmy jej najbliższymi.
— Nie wiem, co teraz będzie, ale jeżeli się zgodzi, to wezmę ją do nas. Nie ma tu chyba nikogo innego, więc? — powiedziałem, patrząc w sufit. Moja siostra przez chwilę siedziała cicho, ale chwilę później wstała z kanapy, wzdychając.
— Słuchaj Michael, wiem, że ją kochasz, ale ona ma pewnie gdzieś dalszą rodzinę, która już wie o śmierci rodziców. Nie planuj nic, zanim to wszystko się nie ułoży. Wracam do domu, powiem mamie, co się stało.
— No dobra.— odpowiedziałem cicho.
Kiedy moja siostra wyszła, poszedłem do Bell. Otworzyłem powoli jej drzwi i zobaczyłem, że leży spokojnie na łóżku. Podszedłem do łóżka i klęknąłem, patrząc na jej bladą twarz. Odgarnąłem jej włosy, które przykleiły się do jej mokrych policzków. Patrząc na nią, nie mogłem pojąć, czemu ją to spotkało. Jakoś nie mogłem wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało jej dalsze życie. Mając tylko siedemnaście lat, trudno jest sobie poradzić ze stratą rodziców. Nie wiem, czy strata mojego ojca, który był idiotą może się z tym równać.