piątek, 5 sierpnia 2016

• Rozdział Czwarty •

Witajcie kochani!

Mamy już rozdział czwarty i chyba najlepszy z mojego punktu widzenia.  Bardzo dziękuje za komentarze i uwagi odnośnie tekstu. Postaram się Was nie zawieść. 


Miłego czytania!




Cause nothin' lasts forever
                Even cold November rain..

 

 






 ~ Z perspektywy Jess ~



Biegłam przez łąkę pełną różnokolorowych kwiatów. Niebo było błękitne, a w powietrzu czuć było piękny, słodki zapach. Miałam na sobie białą, zwiewną sukienkę. Czułam się wspaniale - pełna życia, szczęścia i pozytywnej energii. Nagle na horyzoncie pojawiło się dwoje młodych ludzi. Kiedy się dobrze przyjrzałam, zauważyłam, że to moi rodzice. Zaczęłam szybko biec w ich stronę. Strasznie się cieszyłam, że ich widzę. Biegłam jak szalona, czując jeszcze większą radość, niż do tej pory. Dobiegłam do nich i przytuliłam się tak mocno, jakbym nie chciała rozstać się z nimi nigdy więcej.
—Tak bardzo za wami tęskniłam. Myślałam, że już się  nie spotkamy.
— Zawsze będziemy z tobą, skarbie — powiedziała mama.
— Pamiętaj, nigdy się nie poddawaj i walcz o to, co kochasz — rzekł tata. Spojrzałam na nich trochę wystraszona. Zachowywali się tak, jakby się ze mną żegnali.
— Ale wy nie..
— Pamiętaj, że zawsze będziemy cię kochać.
Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Zrobiło się ciemno, a chwilę później pojawiły się błyskawice, które rozświetliły niebo. Okropnie się przestraszyłam. Patrzyłam, jak odchodzą i nie wiedziałam, co się dzieje. Kiedy spojrzałam w dół, zobaczyłam wodę, która sięgała mi do kolan.
— Mamo! — krzyknęłam pomiędzy kolejnymi  salwami histerycznego płaczu. — Nie zostawiajcie mnie!
Życiodajny płyn zaczął sięgać coraz wyżej. Zaczęłam szybko biec w ich stronę, ale woda utrudniała mi tę czynność. Przed rodzicami widniał piękny krajobraz. Żywe kolory, spokój i cisza. Szli w stronę światła, które było czymś dobrym, lepszym. Czymś, czego nigdy nie znajdziemy na Ziemi.
Biegłam jak najszybciej, by móc znaleźć się przy rodzicach. Nagle stanęli i trzymając się za ręce, obrócili się w moją stronę. Z każdym krokiem, grunt osuwał mi się pod nogami. Kiedy go straciłam, próbowałam płynąć. Czułam ból w każdej części ciała. Woda nadal rosła. Patrzyłam na znikających na horyzoncie rodziców. Próbowałam krzyczeć, lecz woda, podnosząc się, uniemożliwiała mi wykrztuszenie choć krótkiego słowa. Czułam, jak coś ciągnie mnie w dół. Machałam rękami, chcąc się czegoś chwycić, lecz na próżno. Wszystko zniknęło. Zaczęłam opadać w dół, patrzyłam na oddalone światło, które rozpraszała woda i słyszałam ich głos:
— Zawsze będziemy z tobą. Słyszysz? Słyszysz...
Słyszysz...
— Słyszysz?! Jess! Wstawaj!
Otworzyłam oczy i szybko się podniosłam, łapiąc tlen. Byłam cała mokra, a po policzkach spływały mi łzy. Czułam, jak wszystko się we mnie trzęsie. Nie mogłam się uspokoić. Ten sen wydawał się tak rzeczywisty. To było pożegnanie, byłam tego pewna. Wymiana myśli, ostatni uścisk i droga powrotna. To niesamowite uczucie, które sprawia, że stajesz się głupi, ponieważ nie wiesz, czy to było naprawdę, czy też nie.
— Mam nadzieje, że się wyspałaś — odezwała się ciotka.
Jak nigdy"— pomyślałam.
Kiedy odsunęła moje czarne zasłony, moje oczy zostały porażone jasnymi promieniami porannego słońca.
— Dzisiaj już koniec. Cieszysz się?
— Jasne - westchnęłam cicho. Patrząc na ciotkę, nie widziałam ani grama współczucia czy żalu. Wydawało mi się, że tak naprawdę nie obchodziło ją to, że ich już nie ma.
— Jest dwunasta. Rusz się! — krzyknęła i wyszła.
Podniosłam się na łóżku i przetarłam twarz dłońmi. Nie mogłam w to uwierzyć, że to już. Ten dzień nadszedł. Wydawało mi się, że czas płynął zbyt szybko. Miałam zbyt mało czasu by to wszystko sobie przyswoić.
Wstałam ociężale z łóżka i wyjęłam z szafy czystą bieliznę i sukienkę. Wzięłam szybki, zimny prysznic, by trochę się otrząsnąć. Założyłam czarną sukienkę z ćwiekami, którą dostałam na szesnaste urodziny od mamy. Gdy mi ją dawała, powiedziała, że to prezent na specjalne okazje. Kto mógł pomyśleć, że kilka miesięcy później założę ją na jej pogrzeb. Wszystko było ze sobą tak dziwnie powiązane.
Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Byłam blada, jak trup, a czarna sukienka i włosy jeszcze bardziej podkreślały moją karnację. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. „Wszystko będzie dobrze. Pójdziesz tam i zaraz wrócisz. To szybko się skończy.” Powtórzyłam sobie w myślach to dziesięć razy, by ruszyć z miejsca. Wiedziałam, że to nie będzie takie łatwe. Iść i wrócić - brzmiało banalnie. Zbyt banalnie. Założyłam na nogi czarne buty, które również były prezentem od mamy i zeszłam na dół. Kiedy ciotka mnie zobaczyła, miała zdziwioną minę. Tylko nie wiedziałam, o co chodzi.
— No jesteś nareszcie! Tak chcesz iść? — zapytała, pokazując na mnie. Spojrzałam na siebie. Czarna sukienka do kolan, czarne rajstopy i buty.
— Tak, tak chce iść. — odpowiedziałam. Ciotka wywróciła oczami i prychnęła pod nosem. Wzięłam z flakonu dwie białe róże, które miały być w pewnym sensie moim podziękowaniem i pożegnaniem dla rodziców.
— Jedziemy.
Zajęłam tylne siedzenie w samochodzie i ruszyłyśmy. Kiedy patrzyłam na niebo przez szybę samochodu, widziałam ciemne chmury. Pogoda zaczęła się psuć bardzo szybko.
Kiedy dojechałyśmy na cmentarz, czułam zdenerwowanie. Było dużo ludzi. Praktycznie wszyscy byli mieszkańcami Seattle. Przyjaciele, pracownicy, sąsiedzi. Wszyscy, którzy znali moich rodziców. Czułam ich wzrok na sobie, czego nigdy nie lubiłam.
Weszliśmy do „sali pożegnań”, znajdującej się w domu pogrzebowym, gdzie stały otwarte trumny. Kiedy je zobaczyłam, poczułam mocny ścisk w gardle i w żołądku. Przez cały czas powtarzałam sobie w myślach, żeby nie popłakać. To była ostatnia szansa pożegnać się z nimi. Podeszłam powoli do trumien i w tym momencie już nie wytrzymałam. Patrząc na swych martwych rodziców, miałam ochotę krzyczeć. Wiedziałam, że już nigdy ich nie usłyszę, ale miałam jeszcze w sobie cień nadziei, że jednak się obudzą. Ich twarze były spokojne. Wyglądały tak, jakby wiedzieli, że wszystkie ziemskie sprawy mają już załatwione. Stałam i cicho łkałam, nie móc wytrzymać tego wszystkiego. Moje serce rozrywało się na strzępki, a łzy wypalały mi rany na twarzy. Teraz czułam prawdziwy ból.
Usiadłam na krześle, chcąc się trochę uspokoić. Ludzie wchodzili do środka, żegnali się i siadali na krzesłach. Po kilku minutach każdy, kto chciał coś powiedzieć, wychodził na „mównicę”, ale ja nie miałam  na to siły. Nie chciałam wyjść i przemawiać. Nie byłam w stanie mówić o tym, co dobrego zrobili i co ich za to spotkało. Chciałam, żeby odeszli z godnością bez żadnych kłamstw i udawanej wdzięczności.

~ Z perspektywy Michaela ~

Noc minęła bardzo szybko. Kiedy spojrzałem na zegarek, było już po jedenastej . Leżałem, patrząc w sufit i zawalałem mój umysł myślami. Czułem się dziwnie. W oczach Bell byłem twardy i wiedziałem, na czym stoję, ale w rzeczywistości czułem się bezsilny. Tak naprawdę nie wiedziałem, co robić i jak pomóc  Jessice. Starałem się myśleć pozytywnie. Wierzyłem, że jakoś uda mi się pomóc jej w tych trudnych chwilach. Tego dnia wszystko miało się zakończyć.
Wstałem powoli i poszedłem do łazienki. Słyszałem, że moje rodzeństwo jest już wraz z mamą na dole. Wszedłem pod strumień lodowatej wody, która spływając po moim ciele, sprawiała odczucie wbijania pojedynczych i małych igiełek w skórę. Zamknąłem oczy i przez chwilę stałem bez ruchu, opierając się o ścianę. Czułem się tak, jakbym odpłynął gdzieś daleko, ale po chwili otrząsnąłem się i zacząłem się myć. Przez moją głowę przelatywały tysiące pytań, głównie dotyczących pogrzebu. Bałem się tego, że Jess nie wytrzyma, że jej emocje wezmą nad nią górę i po prostu zacznie histeryzować, ale z jednej strony wierzyłem w nią.
Kiedy zakończyłem mój prysznic, owinąłem ręcznik wokół bioder i wróciłem do swojego pokoju. Z moich włosów spadały krople wody, które obijały się o podłogę. Podszedłem do szuflady i wyjąłem z niej czyste bokserki, które następnie ubrałem. Kiedy stanąłem przed szafą, oparłem ręce o biodra i ciężko westchnąłem. Przejechałem oczami po półkach i wyciągnąłem czarne dżinsy i białą koszulę — jedyną, jaką miałem. Ubrałem się i zszedłem na dół.
— Już wstałeś? — zapytała mama. Usiadłem przy stole i podparłem głowę ręką.
— Praktycznie to nie spałem. — odpowiedziałem.
— Dlaczego? — zapytała, a ja wzruszyłem tylko ramionami. Mama zaczęła dawać na stół talerze ze śniadaniem. Patrząc na to wszystko, nie miałem najmniejszej ochoty na jedzenie. Wszyscy zasiedli przy stole, a ja wstałem.
— A ty nie jesz? — zapytała mama ze zdziwioną miną. Zawsze powtarzała, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, ale, jak to ja,  miałem to gdzieś.
— Nie jestem głodny — rzuciłem. Włożyłem buty i wyszedłem na werandę. Oparłem się o słup podtrzymujący daszek, wyciągnąłem paczkę fajek i zapaliłem. Nie ukrywałem tego i wcale nie musiałem. Moja mam była przeciwna paleniu, ale mając szesnaście lat, robiłem to, co chciałem. Byłem buntownikiem i wszyscy o tym wiedzieli. Rozumiałem, że sam sobie szkodzę, ale nikotyna działała na mnie uspokajająco i dlatego po nią sięgałem.
Kiedy papieros już się wypalił, zgasiłem go o schody i wyrzuciłem. Wtedy z domu wyszły moje siostry i matka, która tylko pokręciła głową. Starałem się uciec od jej wzroku i cały czas patrzyłem w niebo albo w ziemię. Carol podeszła do mnie i dała mi czarną bluzę, a ja spojrzałem na nią zdziwiony.
— No masz! Może później padać.
Stanęliśmy obok pojazdu Bruce'a. Oparłem się o dach samochodu i myślałem nad wszystkim. Widziałem, że niektórzy nasi sąsiedzi również wyjeżdżają.
— Pewnie będzie dużo ludzi. — odezwała się Joan.
— No. Szkoda mi tej dziewczyny — odezwała się mama.
— Michael pójdziesz później do niej? — zapytała Carol. Stanąłem prosto i wsadziłem ręce do kieszeni.
— Nie wiem.
— Dobra możemy już jechać — odezwał się Bruce, wychodząc z domu. Kiedy wszyscy wsiedliśmy, mój starszy brat odpalił silnik i ruszyliśmy. Patrząc na szare niebo rzeczywiście wydawało się, że za chwilę na ziemię runie struga deszczu. Droga zajęła nam kilka minut. Gdy wysiadłem z samochodu, poczułem mocny powiew zimnego wiatru, który spowodował, że na moim ciele pojawiły się ciarki. Wyciągnąłem z bratem wiązanki, które kupiła wcześniej mama i ruszyliśmy do kaplicy w ciszy. Kiedy doszliśmy z rodziną do domu pogrzebowego, gdzie odbywał się obrządek, widziałem sporo znanych mi osób. W tłumie zobaczyłem Andego, do którego bez wahania podszedłem.
— Cześć — powiedziałem cicho.
— Siema — odpowiedział.
— Widziałeś Jess?
— No, szła z jakąś babką.
Nie odezwałem się już. Stałem w ciszy, a moja rodzina stała za nami. Trzymałem wiązankę i rozglądałem się dookoła. Ludzie mieli kamienne twarze i nie byłem w stanie określić,  czy czują smutek, czy obojętność. Wielu ludzi przychodzi na pogrzeb tylko z przymusu, myśląc, że to sąsiedzki obowiązek.  Starsze panie zaczęły odmawiać modlitwy, a razem z nimi pozostali zgromadzeni. Nie byłem do bólu katolikiem, ale to była wyjątkowa sytuacja. Po prostu chciałem coś zrobić dla Jess, nawet w duchowym sensie.
Kiedy ludzie zaczęli wychodzić budynku, zacząłem szukać wzrokiem swojej dziewczyny. Wiedziałem, że jako najbliższa rodzina szła z przodu, ale i tak nie mogłem jej dojrzeć. Jedyne, co było słychać w tym tłumie to płacz, modlitwy i szelest liści. Po pięciu minutach dotarliśmy na miejsce, które miało być miejscem spoczynku rodziców czarnowłosej. Wyszukałem wzrokiem Jess. Stała skupiona, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się  wokół niej dzieje.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, by pożegnać wspaniałych ludzi: Natalie i Christophera Bell. Pan zabrał ich szybko do swego królestwa, ale musimy być pełni nadziei. Gdy przyjdzie czas, spotkamy się z nimi ponownie.
 Słuchając słów księdza, starałem się zrozumieć to wszystko. Życieśmierć. Dobrozło. Nie da się tego do końca opisać. To jest coś niezrozumiałego. Widzisz osobę, rozmawiasz z nią, a za kilka dni jej już nie ma i mówisz: co?! Jak to?! Przecież ostatnio z nią rozmawiałem!
Nigdy nie wiesz, kiedy nadejdzie śmierć i kto będzie jej pierwszą, czy kolejną ofiarą.
Gdy ksiądz przemawiał, wiatr się wzmógł, a z ciemnych chmur zaczął padać deszcz, który z minuty, na minutę zaczął się nasilać. Ludzie wyciągali czarne parasole, bojąc się zmoknięcia. A Jess stała na deszczu nie ruszając się z miejsca. Wyglądała tak, jakby już nic, nie było dla niej ważne, nawet życie.


~ Z perspektywy Jess ~


Stałam, jak posąg,  przemoknięta aż do suchej nitki. Patrzyłam ciągle w to samo miejsce. Już nic się dla mnie nie liczyło. Wszystko wokół mnie przestało istnieć. Czas się zatrzymał, a moje serce zaczynało zwalniać. Patrzyłam jak krople deszczu uderzają o trumny i spływają po nich.
Z przemowy księdza nie wynikało praktycznie nic. Na każdym pogrzebie rozważają cenę życia na ziemi, jak i po śmierci. Starają się pokazać, czym jest śmierć, lecz sami tak naprawdę tego nie rozumieją.
— Państwo Bell, życzliwi i poczciwi ludzie. Każdy z nas tu obecnych, który ich znał, może zaświadczyć, że byli godnymi zaufania osobami. Niestety, los nie był tak łaskawy. Tragiczny wypadek spowodował, że nasza siostra i brat odeszli, pozostawiając w bólu młodą i jedyną córkę. Utrata rodziców nie jest czymś łatwym i wszyscy kiedyś poczujemy to na własnej skórze.
Z każdym słowem księdza w moich oczach zbierały się łzy. Fakt, że miałam ich już nigdy nie zobaczyć, rozdzierał moje serce na drobne kawałeczki. W myślach pytałam Boga: Dlaczego oni?! Dlaczego teraz?!
Mogłam krzyczeć i przeklinać Boga za to, że zabrał ich tak wcześnie i chyba Go za to trochę obarczałam, ale czy miałoby to jakikolwiek sens? Nawet jeśli, to i tak nie przywróciłoby im życia. Deszcz nadal padał, a pogrzeb dobiegał już końca. Po krótkiej modlitwie nadszedł czas, aby w końcu zakończyć to, co kiedyś się zaczęło.
Położyłam białe róże na trumnach, a one pod wpływem kropel deszczu zdawały zmieniać kolor na czerwony. Emocje zaczęły mną targać. Widząc znikające trumny, miałam ochotę przeraźliwie krzyczeć i płakać. Czułam, jak toczę walkę sama ze sobą. Wszystko się we mnie trzęsło, a łzy lały się strumieniami. Ludzie zaczęli powoli znikać, a ja nadal stałam bez ruchu. Kiedy trumny zniknęły w dole, poczułam, jakby kamień spadł mi z serca. Deszcz ustał. Spojrzałam w niebo, które zdawało się otwierać i odsłaniać ciepłe promienie słońca. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie ich  szczęśliwych. Coś mówiło mi, że nie muszę się o nich martwić. Pozostało mi jedno: żyć. Ten dzień miał być końcem, ale i początkiem nowego, z mojego punktu widzenia, pustego życia. Bez rodziców wiadomo, nie miało być już tak kolorowo, ale przysięgłam sobie, że ich nie zawiodę i będę żyć według ich wskazówek. Wokół mnie zrobiło się pusto. Byłam tylko ja i moje myśli. Wzięłam głęboki wdech i wypuszczając powoli powietrze, czułam, że to koniec tego rozdziału. Koniec smutku, koniec żalu. Koniec pytań.
— Bo nic nie trwa wiecznie, nawet zimny, listopadowy deszcz...
Po krótkiej chwili odeszłam od grobu. Przy bramie cmentarza zobaczyłam Michaela. Podeszłam do niego powoli, patrząc w dół. Nie chciałam, by widział moje zapłakane oczy. Gdy byłam już przy nim, nie mówiłam nic podobnie, jak i on. Przybliżył się powoli i przytulił mnie mocno. Pociągnęłam nosem i wtuliłam się w jego ramiona, czując ukojenie i ciepło. W tamtej chwili właśnie tego potrzebowałam. Ciepła i miłości, którą mnie otaczał.
— Teraz już będzie dobrze — szepnął. Zawsze wierzyłam w jego słowa. Podtrzymywał mnie na duchu i doskonale wiedziałam, że mogę mu zaufać.
Odsunęłam się i spojrzałam w jego oczy, a na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Sama obecność tego chłopaka sprawiała, że odzyskiwałam siebie. Kiedy spojrzałam w lewo, zobaczyłam lekko zdenerwowaną ciotkę, która opierała się o dach samochodu.
— Ja... chyba muszę iść — powiedziałam. Michael westchnął i pokiwał głową.
— Zadzwoń, jak poczujesz się lepiej — powiedział, zakładając mi pasmo włosów za ucho. Pokiwałam głową, pocałowałam go w policzek i poszłam w stronę samochodu.
— Wsiadaj!— powiedziała ostro kobieta. Zrobiłam, więc to, co powiedziała.
— Dłużej się nie dało?! — zapytała. Wywróciłam oczami i spojrzałam za okno.
— Co ty tam w ogóle robiłaś tyle czasu?
Pytania, które zadawała, zaczęły mnie denerwować. Chciałam mieć spokój po tym wszystkim, a ona tego chyba nie rozumiała.
— Boże...chciałam się z nimi pożegnać. To chyba normalne...
— O jeju... — powiedziała cienkim głosikiem. Popatrzyłam na nią zdziwiona. Z jej strony to było podłe. Przed kilkoma minutami pożegnałam kochających mnie ludzi, a ona nic sobie z tego nie robiła.
— O jeju? O jeju? Zdajesz sobie sprawę z tego, co przed chwila się wydarzyło? — zapytałam.
— Tak, twoi rodzice zostali pochowani... Wystarczy? — zapytała.
— Jedź już i się nie odzywaj — odpowiedziałam szybko. Każde jej słowo było jakby płynące jadem. Zachowywała się tak, jakby cała żółć z niej wypływała, a przez to wyżywała się na mnie.
Kiedy byłyśmy już w domu, poszłam do siebie. Zamknęłam drzwi na klucz i oparłam się o nie. Przymknęłam oczy i rozkoszowałam się ciszą, która panowała w moim umyśle. Chciałam, żeby cisza, która mnie uspokajała, trwała przez cały czas. Po chwili  odeszłam od drzwi i położyłam się na łóżku. Przytuliłam poduszkę i patrzyłam w okno. Widziałam, że na szybie pojawiają się krople deszczu. Westchnęłam cicho i zamknęłam oczy. Leżałam tak w bezruchu, zapominając o rzeczywistości, aż w końcu zasnęłam.
Obudził mnie krzyk ciotki z dołu. Otworzyłam szybko oczy i podniosłam się na łóżku. W pokoju było ciemno, a ja nie miałam bladego pojęcia, dlaczego ciotka mnie tak przeraźliwie woła. Przetarłam twarz dłońmi i wstałam szybko z łóżka.
— Jesicaaa!!!
Zbiegłam szybko po schodach i zobaczyłam ciotkę trzymającą słuchawkę telefonu.
— Co się dzieje? Czemu tak krzyczysz? — zapytałam zaspana.
— Bo chyba głucha jesteś! Wołam cię dwadzieścia razy a ty nic!
— Spałam...
 — Nic mnie to nie obchodzi! Ja też chce sobie pospać! Trzymaj! — krzyknęła, wciskając mi słuchawkę. Odprowadziłam ją morderczym wzrokiem do kuchni.
Boże... Co za kobieta...
Oparłam się o stolik i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
— Słucham? — powiedziałam zachrypniętym głosem.
— Jess wszystko w porządku? — zapytał Michael.
— Ach... ym... tak.
— Nie zadzwoniłaś i zaczynałem się martwić — kiedy to powiedział, na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Usiadłam w fotelu razem z telefonem.
— Przepraszam, zasnęłam i dopiero teraz ciotka mnie obudziła zresztą sam słyszałeś.
— Tak, słyszałem, aż mnie ciarki przeszły — powiedział, a ja się zaśmiałam.
— Mnie też.
— Jak się czujesz? - zapytał. Westchnęłam cicho i przetarłam twarz dłonią.
— Lepiej, nie czuje już tego straszliwego smutku jak na początku.
— To chyba dobrze.
— Tak, a Ty? Co robisz?
— W sumie to nic. Trudno coś robić po północy.
— Co?! Już jest tak późno? — zapytałam zdziwiona. Chłopak zaśmiał się, a ja sama zaczęłam się z siebie śmiać.
— Trochę sobie pospałaś, kochanie.
— Chyba tak.
Mój humor zaczął się polepszać. Czułam się coraz lepiej i wiedziałam, że od tej pory moje życie osiągnie spokój.
— Jutro gdzieś pójdziemy, żebyś to wszystko odreagowała, jeśli oczywiście chcesz — powiedział. Przez chwilę pomyślałam, czy ta żałoba nie kończy się zbyt wcześnie, ale z drugiej strony czarny kolor nosiłam na sobie, jak i we wnętrzu mojego serca. Nie mogło mi to utrudniać spotkań z ludźmi i rozmową z nimi. Wręcz wiedziałam, że to będzie dobry pomysł, wyjść gdzieś niż siedzieć w czterech pustych ścianach.
— No, dobrze.
— Przyjdę po ciebie gdzieś po pierwszej, zgoda? — zapytał swoim słodkim głosem. Uśmiechnęłam się lekko i założyłam za ucho kosmyk swoich włosów, który zaczął opadać mi na twarz.
— Dobrze.
— W takim razie... śpij dobrze, słonko.
— Ty też, dobranoc — odpowiedziałam i odstawiłam słuchawkę.
Wstałam z fotela i podążyłam do kuchni po wodę. Ciotka stała obok przejścia z kpiącym uśmieszkiem.
— Co? — zapytałam, wyciągając szklankę z szafki.
— Słuchaj, nie obchodzi mnie to, kto dzwonił, ale następnym razem nie będę odbierała tych pieprzonych telefonów, tylko dlatego, że tobie się nie chce ruszyć dupy z wyra, dobra?! — powiedziała. Kiedy to usłyszałam, postawiłam mocno szklankę na blat i popatrzyłam na nią wrogo.
— Nie rozumiesz, że spałam i nie słyszałam telefonu?! — zapytałam, podnosząc głos. Czułam się bardziej zdenerwowana, a moje serce zaczęło coraz szybciej pompować krew.
— Każda wymówka jest dobra, no nie?
 Moja dłoń coraz mocniej zaciskała się na szklance, a ja marzyłam o tym, żeby już zostawiła mnie w spokoju.
— W każdym razie, zapamiętaj sobie to, że nie będę na każde twoje skinienie — powiedziała i wyszła. W tym momencie szklanka po wpływem mojego ścisku pękła, raniąc moją dłoń. W pierwszej chwili tego nie zauważyłam, ale gdy poczułam pieczenie, zorientowałam się, co się stało.
— Cholera! — powiedziałam. Z mojej dłoni wyciekała szkarłatna ciecz, robiąc plamy na podłodze i blacie. Oparłam się o zlew, odkręciłam wodę i włożyłam dłoń pod lodowaty strumień.
 Obmyłam delikatnie rękę i ostrożnie sprzątnęłam szkło z podłogi i blatu. Wzięłam butelkę wody i poszłam szybko do łazienki obok, gdyż krew zaczęła znów wyciekać. Otworzyłam szafkę i znalazłam gazę oraz bandaż. Obmyłam dłoń wodą utlenioną, co było bardziej piekącym doznaniem. Usiadłam na brzegu wanny, roztargałam opakowanie gazy i dałam ją na wewnętrzną stronę dłoni. Rozwinęłam trochę bandażu i zaczęłam owijać sobie dłoń.
Kiedy skończyłam, wzięłam butelkę wody i wróciłam do pokoju, trzaskając drzwiami. Byłam zdenerwowana na Agnes. Robiła wszystko by mnie rozwścieczyć, a ja się na to dawałam jak głupia. Ubrałam na siebie koszulkę i spodenki, w których zawsze spałam i położyłam się w łóżku. Oparłam łokcie o kolana, a głowę o ręce i tak siedziałam przez dziesięć minut w ciemności i ciszy, uspakajając skołatane nerwy. Kiedy moje emocje opadły położyłam się na bok i przykryłam kołdrą. Patrzyłam w okno, za którym rozciągało się ciemne niebo. Mój wzrok wędrował w dół i w górę i tak kilka razy aż w końcu zasnęłam, kończąc ten ciężki dzień.

1 komentarz:

  1. No muszę się zgodzić, że ze wszystkich rozdziałów, które do tej pory dodałaś, ten jest najlepszy. Bardzo fajne, szczegółowe opisy, w dialogach też widzę poprawę - nie tylko przy ich poprawności, ale także przy treści i stylu.
    Najbardziej podoba mi się fragment ze snem, zwłaszcza ta końcowa część z wodą. Takie dynamiczne opisy zazwyczaj nie są łatwe do stworzenia, więc tutaj duży plus dla Ciebie, bo wyszedł naprawdę dobrze. Dodatkowo bardzo płynnie przeszłaś ze snu do rzeczywistego świata, co również jest ważne.
    Poza tym podobają mi się wszelkie sceny podczas pogrzebu, czy to z perspektywy Duffa, czy Jess. Mają rzeczywiście bardzo smutny, żałobny klimat, aż mi samej czasami chciało się płakać, jak sobie myślałam, co musi przeżywać Jess, patrząc na martwe ciała swoich rodziców. Swoją drogą otwarte trumny to coś strasznego.
    Pozbyłabym się w sumie końcówki i urwała w momencie, kiedy Jess okłada słuchawkę, bo moim zdaniem jest ona zbędna, ale to w końcu Twoja wizja. Może wydaje mi się tak też przez to, że ogólnie nie podoba mi się postać tej ciotki. Jest trochę lepiej wykreowana niż wcześniej, ale nadal trochę przekoloryzowana, zwłaszcza gdy ona i Jess zaczynają krzyczeć. W większości sytuacji trochę przesada moim zdaniem.
    Najbardziej miałabym do Ciebie prośbę o dwie rzeczy. Po pierwsze dobrze by było, gdybyś robiła wcięcia za każdym razem, gdy przenosisz tekst do nowej linijki - także przy dialogach. Łatwiej jest wtedy się zorientować, że to na pewno jest nowy akapit i lepiej się czyta. Drugą rzeczą jest wyjustowanie tekstu (czyli dorównanie go zarówno do lewej, jak i prawej strony) po to, by wyglądał po prostu schludniej. Opcje wyjustowania masz zarówno w Wordzie, jak i przy tworzeniu posta.
    Jedna uwaga logiczna - w poprzednim rozdziale było zaznaczone, że pogrzeb ma być o dwunastej, a tutaj jest już po dwunastej, gdy Duff się budzi.
    Serdecznie pozdrawiam. :*

    OdpowiedzUsuń